28 czerwca 2017 r. Imieniny obchodzą: Florentyna, Leon, Ireneusz

Pogoda: Siedlce

Numer 25
22-28 czerwca 2017r.

menu

NEWS

W niedzielę, 25 czerwca, będzie okazja do modlitwy za Ojczyznę. Jej sprawy zostaną powierzone w Mszy św. odprawionej o 13.00 w katedrze siedleckiej.

STRONA GŁÓWNA



Archiwum jedynek
Pobierz pełne wydanie

Opinie

 
 

Świeccy na misji w Boliwii

8 marca 2017 r.

Misjonarze bez habitów


fot. ARCHIWUM

Kiedy mówi się o misyjnym zaangażowaniu Kościoła, zwykle myśli się o działalności księży, zakonników i sióstr zakonnych. Tymczasem z roku na rok przybywa ludzi świeckich, którzy gdzieś na krańcu świata chcą dzielić się wiarą i zrobić coś dobrego dla innych. Kim są świeccy misjonarze i wolontariusze misyjni? Czym się zajmują? Czy taka posługa jest bezpieczna?

Wieloletni misjonarz, a obecnie dyrektor Centrum Formacji Misyjnej ks. Jan Fecko podkreśla, że wyjazdy misjonarzy i wolontariuszy świeckich różnią się celem i długością. - Ci pierwsi jadą realizować swoje powołanie. Opuszczają kraj na kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, by głosić Ewangelię, łącząc to z pracą na rzecz tych, do których zostali posłani.

Misjonarz świecki jest prawą ręką kapłana - wyjaśnia ks. J. Fecko. - Z kolei celem wolontariusza jest pomoc misjonarzom. Jego posługa w danym kraju zwykle trwa od kilku miesięcy do roku. Na miejscu wolontariusze są goszczeni przez placówkę misyjną. Z kolei misjonarz świecki jedzie pod opiekę konkretnej diecezji. Podpisuje kontrakt z biskupem wysyłającym na zagraniczną parafię i przyjmującym go w miejscu pracy. Tym, co łączy obie posługi, jest ewangelizacja - zaznacza kapłan.

Przede wszystkim powołanie

Jakie kryteria musi spełnić świecka osoba, która chce zostać misjonarzem? - Przede wszystkim mieć powołanie. Trzeba też wykazać się pewnymi predyspozycjami i wolą działania, np. poprzez zaangażowanie w pomoc charytatywną, prowadzenie koła misyjnego czy bycie katechetą - mówi dyrektor CFM. Inne wymagania to: wiek 24-40 lat, dobre zdrowie psychofizyczne potwierdzone przez lekarza, szczera intencja bezinteresownej pracy misyjnej, rekomendacja proboszcza parafii, co najmniej kilkumiesięczny wolontariat w kraju misyjnym lub w jednym z krajów Kościoła na Wschodzie (np. Ukraina, Białoruś, Estonia). - Do CFM przyjmujemy kandydatów, którzy - jak sugeruje łacińskie słowo „missio”, czyli posłanie - są posłani przez biskupa lub w przypadku osoby zakonnej przez przełożonego zgromadzenia. Dlatego ważne jest wcześniejsze przygotowanie na szczeblu diecezjalnym, które powinno być uzgodnione z diecezjalnym dyrektorem papieskich dzieł misyjnych. Za jego pośrednictwem - po spełnieniu powyższych warunków - osoba zgłasza się do biskupa i przedstawia prośbę o wyrażenie zgody na wyjazd w charakterze świeckiego misjonarza. Następnie głowa lokalnego Kościoła wysyła kandydata do CFM, gdzie rozpoczyna roczną formację. Tak w skrócie wyglądają formalności - wyjaśnia ks. Fecko, dodając, że w porównaniu do kapłanów czy sióstr zakonnych świeckich misjonarzy jest zdecydowanie mniej. W tym roku do wyjazdu przygotowuje się jedna osoba. Podobnie w 2016 r. We wcześniejszych latach kandydatów było czterech. O wiele więcej chętnych jest na wyjazd w charakterze wolontariusza misyjnego. Jednak CFM nie zajmuje się wolontariatem. Ci, którzy chcieliby wybrać taką formę posługi, mają do dyspozycji blisko dziesięć organizacji umożliwiających taki wyjazd. Na ogół są one powiązane z misyjnymi zgromadzeniami zakonnymi.

Owoce ŚDM

- W 2016 r. ze wszystkich naszych oddziałów wyjechało na misje dziesięć osób. W tym roku pobiliśmy absolutny rekord. Do Peru, Boliwii, Etiopii, Liberii, Indii, Palestyny, Tanzanii wysyłamy bowiem 26 wolontariuszy - mówi Karolina Kufel, koordynator wolontariuszy Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego - Młodzi Światu, która pracowała w Boliwii. Skąd takie zainteresowanie wolontariatem? - Przypuszczam, że to owoce Światowych Dni Młodzieży - odpowiada K. Kufel.

Najczęściej do SWM zgłaszają się studenci lub osoby tuż po obronie dyplomu. Jednak powoli się to zmienia. Wśród wolontariuszy coraz częściej zdarzają się osoby w średnim wieku, a nawet emeryci czy dojrzałe małżeństwa, które po odchowaniu własnych dzieci chcą pomóc innym. Jakie wymagania muszą spełnić? Podstawowe to skończone 18 lat, brak przeciwwskazań zdrowotnych i znajomość języka, udział w spotkaniach formacyjnych. - Kandydaci muszą też poznać charyzmat naszego wolontariatu, czyli, w jaki sposób działamy i co robimy w Polsce. Dlatego przez rok np. angażują się w prace biurowe, mogą też pomagać w studium medialnym, pisaniu wniosków projektowych czy włączyć się planowanie, logistykę lub obsługę techniczną, animację oraz promocję organizowanych przez nas wydarzeń. Możliwości jest wiele. Każde ręce znajdą zajęcie, bo żeby jedna osoba mogła wyjechać na misje, tu, na miejscu, musi pracować sztab ludzi - podkreśla K. Kufel. - Poza tym w ten sposób możemy poznać przyszłych wolontariuszy i zweryfikować, gdzie i do jakiej pracy ich wysłać - tłumaczy koordynatorka.

To nie biuro podróży

Wolontariusze wyjeżdżają z różnych powodów. Chcą dzielić się wiarą i doświadczaną miłością Boga, zrobić coś dobrego dla innych, poznać nowych ludzi, rozeznać powołanie, zobaczyć odległe zakątki świata i to często w miejscach niedostępnych dla turystów, sprawdzić się w trudnych warunkach. - Zwykle, kiedy po raz pierwszy przychodzą do naszego biura, rozpatrują wyjazd na misje w kategoriach przeżycia superprzygody. Praca jest na drugim planie. Jednak roczna formacja wszystko zmienia. Przed wylotem na placówkę mamy już do czynienia z ludźmi świadomymi tego, że jadą oddać część swojego życia drugiemu człowiekowi; gotowymi pokonać wszelkie trudności - opowiada Karolina.

Czy wolontariusze mogą mieć wpływ na to, do jakiego kraju zostają wysłani? - Nie jesteśmy biurem podróży, więc osoby składające podania deklarują swoją dyspozycyjność i gotowość wyjazdu tam, gdzie zostaną przydzieleni. Wybierając placówkę misyjną, staramy się dopasować do niej danego kandydata tak, by mógł tam jak najlepiej służyć. Nie zdarzyło się jeszcze, że ktoś powiedział, iż nie chce jechać do wskazanego przez biuro kraju - odpowiada koordynatorka SWM - Młodzi Światu.

Najdłuższy wyjazd trwa rok, lecz są też możliwości krótszego pobytu - dwu-, trzymiesięcznego. Jednak - jak przyznaje K. Kufel - misjonarze proszą o długoterminowych wolontariuszy, bo jeśli ktoś jedzie na rok, to jest w stanie naprawdę wiele zrobić na danej placówce.

Wszelkie formalności związane z wyprawą, czyli np. zakup biletów, ubezpieczenie, załatwia SWM. Na miejscu wolontariusze mają zapewnione zakwaterowanie i wyżywienie. Troszczą się o to misjonarze.

Gotowi na wszystko

Zabójstwo Polki Heleny Kmieć, która pracowała w boliwijskiej ochronce dla dzieci, wywołało obawy, że liczba chętnych do posługi znacznie się zmniejszy. Czy słusznie?

- Kiedy zginęła Helena, akurat byłam w Ameryce Południowej, gdzie wizytowałam placówki, do których w tym roku wyślemy wolontariuszy. W lipcu dwie nasze dziewczyny miały zmienić Anitę i Helenę w Cochabambie. Przez moment pomyślałam, że po tej tragedii ktoś z kandydatów się wycofa. Wymieniłam z nimi mnóstwo maili, ale każdemu powiedziałam, by dużo się modlili, a jak wrócę, to wszystko przegadamy - opowiada Karolina. Tymczasem żadna z osób nie zrezygnowała. Wręcz przeciwnie - koordynatorka usłyszała od nich, że się nie boją, bo jadą głosić Ewangelię i są gotowe na wszystko. - To ogromne świadectwo. Zawsze mówię wolontariuszom, że ich misja rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy otrzymają krzyże. W tym przypadku zaczęła się ona wcześniej: właśnie takim 100% oddaniem się woli Bożej - mówi ze wzruszeniem.

Ks. J. Fecko uważa, że nie można generalizować, iż akurat na misjach jest niebezpiecznie. - Przecież każdy, nawet wakacyjny, wyjazd niesie ze sobą ryzyko. Nie sądzę, by tragedia Heleny sprawiła, że ludzie zrezygnują z posługi w Boliwii czy innych krajach. Młodzi mają entuzjazm i ideały, które - mimo wszystko - pragną realizować. Wiem coś o tym. Sam przeżyłem dwa zamachy stanu w Burkina Faso. Mimo to nigdy nie żałowałem spędzonej tam minuty - mówi dyrektor CFM.

Na całe życie

Co takiego sprawia, że coraz więcej osób ulega czarowi Afryki czy Indii i, zostawiając wygodne życie, wyjeżdża, by tam opiekować się dziećmi, w pocie czoła budować szkoły, kościoły, studnie, a nade wszystko swoją postawą dzielić się Dobrą Nowiną? - Życie misjonarza jest piękne i sensowne - zapewnia ks. Fecko. - Pamiętam, że kiedy przyjeżdżałem w odwiedziny do Polski, już po kilku dniach tęskniłem za Afryką. Dlaczego? Bo tam jest tzw. normalność - bez hipokryzji i sztucznie wymyślanych problemów. Tam trzeba zmagać się z prawdziwym życiem, w którym ludzie umierają, bo nie mają lekarstw, nie jedzą, gdyż od tygodni nie spadła kropla deszczu. Mimo to czuje się niesamowitą więź z sąsiadem, rodziną. Poza tym dzielenie się wiarą i dobrem daje ogromną radość - twierdzi ks. Jan.

Zdaniem K. Kufel bycie wolontariuszem to przede wszystkim wielka łaska. To dar od Boga; doświadczenie, które prowadzi przez całe życie. - W Boliwii byłam rok. Jednak moja misja nie skończyła się wraz z powrotem do kraju. Ona wciąż trwa, choćby przez to, że pracuję w SWM. Bóg powołuje wolontariuszy na całe życie. Krzyż, który otrzymują, prowadzi ich, dodając odwagi do działania, zaufania - przekonuje Karolina. - Ponadto po powrocie do Polski bardziej doceniamy to, co mamy: rodzinę, przyjaciół, dom, pracę, jedzenie. Wielu ludziom na świecie tego brakuje. Powołując do takiej posługi, Bóg wybiera bardzo indywidualnie. Dla mnie najpiękniejsze jest to, że akurat mnie zawołał po imieniu: „Karolino, pójdź za Mną” - wyznaje K. Kufel.


ROZMOWA

Przestańmy demonizować

o. Kasper Mariusz Kaproń OFM, Cochabamba, Boliwia

Czy Boliwia jest rzeczywiście tak niebezpiecznym krajem, jak ostatnio słyszymy w mediach?

Ta opinia jest echem licznych komentarzy, które można było przeczytać po tragedii w Boliwii. Często są to wypowiedzi osób wiedzących wszystko najlepiej, posiadających własną wizję świata; pisane przed ekranem komputera, w cieple własnego mieszkania przez ludzi nieznających świata. Dla nich tzw. Trzeci Świat, czyli Ameryka Łacińska, Boliwia, to państwa dzikusów, grasujących na ulicach band, codziennych napadów z bronią w ręku itp. Niestety, taki obraz tworzą często „jednodniowi turyści”, którzy pragną zaimponować znajomym, jakie to „niezwykłe i dzikie kraje” odwiedzili. Mieszkam w Boliwii od siedmiu lat. Ogólnie kraj ten uchodzi za najbezpieczniejszy w całym regionie. Na ten fakt wskazywał zresztą w Radiu Watykańskim bp Krzysztof Białasik z Oruro.

Jednak wskaźniki przestępczości w Boliwii są dość wysokie.

Owszem mamy do czynienia z zabójstwami, kradzieżami, prostytucją, handlem narkotykami. Jednak czy nowojorska lub warszawska ulica jest bezpieczniejsza od tej z Santa Cruz? W Warszawie lub w Nowym Jorku na pewno nie zapuszczę się nocą w dzielnice niecieszące się dobrą opinią, podobnie jak nie zrobię tego w La Paz czy Santa Cruz. Przestańmy demonizować kraje ubogiego południa, przedstawiając je w nierzeczywistych obrazach, zwłaszcza, kiedy nigdy tam nie byliśmy.

Poza tym przecież codziennie na całym świecie w wypadkach samochodowych giną ludzie, mimo to inni nadal wsiadają do samochodów. Nikt, oczywiście, specjalnie nie planuje ulec tragedii, dlatego zachowujemy środki ostrożności, ale wiadomo, że każda podróż wiąże się z ryzykiem. Zresztą - jak mówi przysłowie - cegła może spaść na człowieka także w drewnianym kościele. Zatem wyprawa w nieznany świat zawsze wiąże się z ryzykiem. Tyle tylko, że jako misjonarze nie jesteśmy szaleńcami ani samobójcami. Jak już wspomniałem, nie chodzę nocą po niebezpiecznych dzielnicach miasta - chociaż dobrze znam zarówno La Paz, jak i Santa Cruz i Cochabambę; na noc zamykam drzwi do domu - złodziej jednak zawsze - jeśli tylko będzie chciał - znajdzie sposób, by wejść. Niestety, na świecie istnieje grzech i ludzie dokonują przestępstw.

Broni Ojciec tej Boliwii...

Bo to piękny kraj - zarówno pod względem geograficznym, jak i kulturowym; pełen życzliwych ludzi umiejących wspaniale bawić się podczas licznych świąt. Dlatego Boliwia przyciąga nie tylko licznych turystów, ale także wolontariuszy. I jest ich tutaj naprawdę dużo, szczególnie Niemców, Włochów, Hiszpanów i w ostatnich latach także Polaków.

Czym się zajmują?

Podzieliłbym ich na dwie grupy. Pierwsza to specjaliści i wykwalifikowani pracownicy, którzy przyjeżdżają z konkretnym projektem, np. lekarze, architekci. Pomagają w ramach własnych profesji: lekarze ubogiej ludności, której często nie stać na to, by skorzystać z drogiej służby zdrowia. Architekci przygotowują projekty lub czuwają nad wznoszeniem kościołów lub innych budynków. Ich praca często wynika z osobistych więzi pomiędzy wolontariuszem a misjonarzem. Wiadomo, lepiej powierzyć odpowiedzialne zadanie osobie, której się ufa. Przyjeżdżają do nas także nauczyciele konkretnej dyscypliny, np. u mnie, w Urubicha - w wiosce kultywującej tradycje dawnych redukcji i posiadającej szkołę muzyczną - przybywali Niemcy, wykładowcy akademii muzycznej, którzy uczyli gry na instrumentach.

Drugą grupę stanowią młodzi ludzie, którzy chcą ofiarować swój czas, pomóc w codziennych zajęciach, czy zwyczajnie pobyć z misjonarzem. To także bezcenna pomoc. Może nie chodzi w tym przypadku o dokonywanie wielkich dzieł, ale przecież nie tylko produktywność liczy się w życiu. Nie wszyscy misjonarze życzą sobie, by tacy wolontariusze do nich przyjeżdżali.

Dlaczego?

Bo kolejny człowiek na misji to ewentualny kłopot: trzeba się nim zająć, co wiąże się z odpowiedzialnością. Wolontariusze jednak zawsze wprowadzają nowe życie na misji. Dają, ale i przede wszystkim sami dostają. Helena z Anitą malowały przedszkole. Można powiedzieć: przecież te prace mógłby wykonać ktoś z miejscowych; co więcej - w ten sposób można dać zarobić tubylcowi. Jednak chodzi o coś innego: o tworzenie wspólnoty, przełamywanie barier, także tych dzielących ludzi na biednych i bogatych. Kasia, Anka i druga Anka, które były wolontariuszkami w mojej parafii w Urubicha, bawiły się z dziećmi. Mogły to robić także miejscowe katechetki i nauczyciele. W ich misji liczyło się coś więcej: one bawiły się z dziećmi, spożywały z nimi posiłek, wychodziły na spacer. Były dla nich starszymi siostrami. Misjonarz robi to wszystko niejako z obowiązku: wybrał takie życie i musi to robić. Wolontariuszy nikt nie zmusza do wyjazdu. Wiele bogatych krajów, jak np. Niemcy, opracowało projekty edukacyjne dla młodzieży, gdzie motywuje się absolwentów szkół średnich, studentów, aby wyjeżdżali do innej rzeczywistości geograficznej, ekonomicznej i formowali się poprzez pracę wśród ludzi uboższych.

Dziękuję za rozmowę.


Agnieszka Matyka, Boliwia, świecka misjonarka z Gończyc:

W Polsce niewiele mówi się o świeckich misjonarzach i wolontariuszach, ale tu, na misjach, dbamy o siebie nawzajem, rozmawiamy o problemach, czasem się spotykamy. Choć pracujemy w różnych miejscach, jesteśmy w kontakcie. Nigdy nie czuję się samotna, opuszczona, bo wiem, że niedaleko są inni Polacy. Poza tym wspólnota międzynarodowa, w której pracuję, też zapewnia opiekę i wsparcie. Wiadomość o zabójstwie Heleny wywarła na mnie ogromne wrażenie. Ona była w Cochabamba - to 14 godzin jazdy od mojego miasteczka. Nawet nie zdążyłam jej poznać. Przeraża mnie, że taka młoda dziewczyna zginęła w taki sposób. Helena jest już z Bogiem, ale tu, na ziemi, pozostał strach. Siostry, z którymi miała współpracować, są zrozpaczone i pewnie nie będzie im łatwo zdecydować się na kolejnych wolontariuszy. Wyjazd świeckich na misje nigdy nie był łatwy, ale po tym, co się wydarzyło, będzie jeszcze trudniej. Mimo to czuję się w Boliwii dokładnie tak samo bezpieczna, jak w Polsce, gdzie przeżyłam pierwszą napaść. Ta tragedia mogła się równie dobrze wydarzyć w Polsce. W Ameryce Południowej przebywam od sześciu lat i poza kilkoma zbyt przymilnymi mężczyznami i groźnymi psami nic mi się - dzięki Bogu - nie przydarzyło. Zresztą Boliwia nie znajduje się na liście najniebezpieczniejszych krajów. Owszem na ulicy trzeba być ostrożnym z uwagi na złodziei. Z pewnością jednak nie jest tu bardziej niebezpiecznie niż w innych krajach misyjnych. Bardziej obawiam się, że biskupi i zakony nie będą chcieli wysyłać wolontariuszy. Świeccy na misjach to dla niektórych tylko odpowiedzialność, obowiązek i wydatek. Tymczasem oni naprawdę wspaniale pracują, szybko się aklimatyzują, są elastyczni, chętni do nauki i współpracy, mają niekończący się zasób sił. Dlaczego warto zostać misjonarzem świeckim lub wolontariuszem? Bo takie doświadczenie - choćby krótkie - poszerza patrzenie na świat i pomaga docenić własne życie, bo rzeczywistość i warunki, jakie zastaje się na misjach, często są przerażające. Mimo to nie żałuję ani jednego dnia tutaj. Chciałabym tylko, by więcej mówiło się o osiągnięciach żywych wolontariuszy i misjonarzy.

Bartek Ciok, jako misjonarz świecki był w Ugandzie:

Na roczną misję do Ugandy zostałem posłany w 2012 r. Już sama nazwa „ośrodek dla chłopców ulicy” (CALM, Namugongo), gdzie miałem pracować, brzmi groźnie. Jednak to pozory. Chłopców natomiast można pokochać jak braci.

Czy misja może być niebezpieczna? Zdecydowanie tak. Bez Jezusa jest ona śmiertelnie niebezpieczna, nawet gdy rozlicza się tylko faktury. Przekonałem się o tym podczas mojego pobytu. W grudniu 2012 r. chłopcy wracali z salezjańskich zawodów sportowych w Rwandzie. Już na terenie Ugandy autokar został ostrzelany i porwany przez bandziorów. Gdy dojechali do buszu, chłopcy zostali obrabowani i pobici. Według ich opinii gdybym jechał z nimi, zostałbym zabity z powodu braku pieniędzy lub przyczyn rasowych. Z tych samych pobudek mój paszport został przetrzymany w urzędzie imigracyjnym i to był jedyny powód, dlaczego nie znalazłem się w tym autokarze...

Na misje człowiek wyjeżdża samotnie, bez rodziny, przyjaciół, i myśli, że w zasadzie mógłby to samo robić w Polsce, ale za pieniądze. Praca za friko, zero wdzięczności, malaria i inne choroby. Kiedy jednak to Jezus posyła ciebie, wtedy ten trud ma smak spełnienia. I nawet niebezpieczne sytuacje, jak ta w Boliwii czy związana z moją misją, nie zniechęcają od wypełniania powołania danego od Boga. W końcu to Jezus wie, co jest dla nas najlepsze (por. J 10,10).

Ks. Tomasz Denicki, proboszcz Aiquile, Boliwia:

Tragiczne wydarzenie, jakim było zabójstwo polskiej wolontariuszki, odbiło się szerokim echem w całej Boliwii i chyba na całym świecie. Dla nas, Polaków mieszkających zagranicą, każdy rodak jest jak brat. Śmierć brata zawsze boli. Zwłaszcza śmierć tak tragiczna. Nie spotkałem Heleny, bo była w Boliwii zaledwie dwa tygodnie. Znałem natomiast wolontariuszki, które przyjeżdżały w poprzednich latach. Po tych smutnych wydarzeniach pisały do mnie, podkreślając, że to mogła być każda z nich. Czy strach zagościł w naszych sercach? Nie wiem. Boliwia jest jak każdy inny kraj. Poza tym śmierć może nas spotkać wszędzie. Dlatego - mimo wszystko - warto być wolontariuszem. Ta posługa uczy nas obdarowywać innych za darmo, tracić coś z nas samych. W dzisiejszym świecie, który goni za zyskiem i pieniądzem, mamy wielką armię ludzi bezinteresownie oddających swój czas, siły i pieniądze, aby pomagać innym. Helena oddała swoje życie. Oddała wszystko, co miała. Wiem, że Bóg wynagrodzi jej to w niebie. Jestem pewien, że ta tragiczna śmierć nie odstraszy nowych wolontariuszy, wręcz przeciwnie - wzbudzi nowe powołania.

Jolanta Krasnowska

Powrót

Aktualności

Więcej artykułów z tej kategorii »

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

FOTOGALERIA

Święto młodzieży


16 czerwca w pratulińskim sanktuarium odbyło się Jerycho Młodych. Spotkanie minęło pod hasłem „Buty i kanapa!”; nawiązywało też do 100-rocznicy objawień fatimskich. [fot. AWAW]

FOTOGALERIA

Bóg jest wielki!


W ubiegły czwartek, 15 czerwca, w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, na miejskim lodowisku odbył się koncert uwielbieniowy „Siedlce dla Jezusa 2017”. [fot. Monika Król]

PATRONAT "ECHO"


Festyn w Pratulinie
W niedzielę, 9 lipca, w Pratulinie odbędzie się festyn rodzinno-myśliwski. W programie m.in. Msza św. i atrakcje dla dzieci.
więcej »
 

POLECAMY


Wielka tajemnica
Objawienia w Fatimie od 100 lat budzą nie tylko zdumienie, ale przede wszystkim wielką nadzieję katolików na całym świecie na triumf Niepokalanego Serca Maryi.
więcej »
Cierpienie przychodzi znienacka
Nie można uciec przed cierpieniem… Starą jak świat prawdę potwierdza życie. Jak jednak żyć w cierpieniu, nie tracąc godności?
więcej »
 

SONDA

 

Czerwiec jest dla mnie...

początkiem lata

ostatnim miesiącem nauki

ulubioną porą rekreacji

miesiącem czci Serca Jezusowego

czasem jak każdy inny



LITURGIA SŁOWA


Środa
Czytania:
Rdz 15,1-12.17-18; Ps 105,1-4.6-9
Ewangelia:
Mt 7,15-20

Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

PROMOCJA

 

 
statystyka

NASI PARTNERZY

Copyright 2008 Echo Katolickie

Realizacja KREATOR