20 maja 2018 r. Imieniny obchodzą: Aleksander, Bernardyn, Bazyli

Pogoda: Siedlce

Numer 20
17-23 maja 2018r.

menu

NEWS

W niedzielę 27 maja pod hasłem Kobieta - Życie+ w sanktuarium bł. Męczenników Podlaskich w Pratulinie odbędzie się III Diecezjalna Pielgrzymka Kobiet.

STRONA GŁÓWNA



Archiwum jedynek
Pobierz pełne wydanie

Rozmowy

 
 

Rozmowa Echa

25 października 2017 r.

Nie taki święty, jak go malują


fot. WIKIPEDIA.ORG

Rozmowa z Natalią Budzyńską, autorką książki „Brat Albert. Biografia”.

Brat Albert był człowiekiem uduchowionym, ale jego droga na ołtarze nie była prosta. Wiodła przez mnóstwo emocji, cierpień i traum. Przecież gdy miał 17 lat, brał udział w powstaniu styczniowym, podczas którego zabijał Moskali. Wynikało to z przysięgi wojskowej oraz narodowego obowiązku i absolutnie nie miało nic wspólnego z romantyzmem, z jakim często utożsamiamy ów narodowy zryw. Amputacja nogi też była dramatycznym wydarzeniem. Ponadto jako malarz był wobec siebie bardzo wymagający. Właściwie nie podobało mu się nic, co stworzył, przez co wiele prac zniszczył. Nie osiągnął także sukcesu. Dla artysty to bardzo trudne doświadczenia. Do tego wszystkiego dochodzi wielomiesięczny pobyt w szpitalu psychiatrycznym z powodu depresji, gdzie spotkał się z ludźmi wykluczonymi. Warto podkreślić, że choroba psychiczna w tamtych czasach całkowicie eliminowała z życia społecznego, a Brat Albert cierpiał na bardzo ciężką jej postać. Jednym słowem: nasz święty naprawdę wiele w życiu przeszedł. Dzięki temu stał się człowiekiem z krwi i kości. Jednocześnie był bardzo towarzyski.

Myśląc o świętych, często ich idealizujemy. Tymczasem byli to ludzie mający swoje pasje, wady itd. Chyba można powiedzieć, że św. Brat Albert należy do ekstraklasy niepokornych świętych?

Rzeczywiście mamy tendencje do idealizowania. Myślę, że wynika to z hagiograficznych przekazów, w których przedstawiano wyłącznie zalety świętych. To spowodowało, iż ten właściwy obraz jest do dziś przykryty grubym werniksem religijnej pobożności zakładającej, że nie mogą mieć oni słabości, upadków. W przypadku św. Brata Alberta nie wspomina się np., że był nałogowym palaczem. Tymczasem on do końca życia nie rozstawał się z papierosem. Hagiografie donoszą, iż to, że palił na łożu śmierci, wynikało z jego wesołego usposobienia, skłonności do żartów i dowcipów. Prawda jest jednak inna. Nasz święty po prostu nie potrafił rzucić palenia. Owszem, chciał, ale nie był w stanie. W dodatku próby rzucenia nałogu doprowadziły go do załamania, a w rezultacie trafił do szpitala psychiatrycznego. Dlatego potem, gdy jego współbracia żalili się, że nie potrafią wyzbyć się nałogu, Brat Albert mówił im, iż lepiej, by palili, niż mieliby popaść w nerwicę. Pokazuje to, że był człowiekiem bardzo ludzkim, odróżniającym rzeczy naprawdę istotne od tych mniej ważnych. A wracając do tego ostatniego przed śmiercią papierosa, uważam, iż w ten sposób łagodził cierpienie fizyczne. Zresztą, kiedy zobaczyłam u ss. albertynek w Krakowie zdjęcie św. Brata Alberta z papierosem, pomyślałam, że muszę je pokazać. Nikt do tej pory go nie opublikował. Może z obawy, że jeśli ludzie dowiedzą się o nałogu, Brat Albert straci otoczkę świętości?

 

Ale palenie to nie jedyny dowód na niepokorność Brata Alberta.

To prawda. W hagiografiach czytamy też, iż nigdy nie był zauroczony żadną kobietą. Tymczasem w życiu Adama Chmielowskiego ważną rolę odegrała Lucyna Siemieńska, ukochana córka Lucjana Siemieńskiego, z którym przyszłego świętego łączyło przede wszystkim wspólne rozumienie istoty sztuki. Myślę, że gdyby ojciec dziewczyny zgodził się na ten związek, mogłoby to zakończyć się małżeństwem. W jego oczach jednak kaleki artysta, niemający pieniędzy ani perspektyw nie był dobrym kandydatem na męża dla kobiety pochodzącej z arystokratycznego domu. Adam z pewnością był również zafascynowany aktorką Heleną Modrzejewską. Po każdym spektaklu przynosił jej kwiaty, wraz z innym artystami spotykali się w jej domu, mieli też razem wyjechać do Ameryki. To wszystko pokazuje, że jako Brat Albert doskonale rozumiał pewne, nieodłączne ludzkiej egzystencji, afekty i stany. Zresztą, każdy człowiek - nieważne czy jest zakonnikiem, czy nie - przechodzi moment, w którym Pan Bóg chce, by doświadczył różnych uczuć. Bo jak zrozumieć drugiego, kiedy samemu nie przeżyło się pewnych emocji?

 

Zatem świętym może zostać każdy?

Oczywiście. To nie jest droga zarezerwowana wyłącznie dla wybranych. Owszem, Brat Albert był człowiekiem uduchowionym, ale jego droga na ołtarze nie była prosta. Wiodła przez mnóstwo emocji, cierpień i traum. Przecież gdy miał 17 lat, brał udział w powstaniu styczniowym, podczas którego zabijał Moskali. Wynikało to z przysięgi wojskowej oraz narodowego obowiązku i absolutnie nie miało nic wspólnego z romantyzmem, z jakim często utożsamiamy ów narodowy zryw. Amputacja nogi też była dramatycznym wydarzeniem. Ponadto jako malarz był wobec siebie bardzo wymagający. Właściwie nie podobało mu się nic, co stworzył, przez co wiele prac zniszczył. Nie osiągnął także sukcesu. Dla artysty to bardzo trudne doświadczenia. Do tego wszystkiego dochodzi wielomiesięczny pobyt w szpitalu psychiatrycznym z powodu depresji, gdzie spotkał się z ludźmi wykluczonymi. Warto podkreślić, że choroba psychiczna w tamtych czasach całkowicie eliminowała z życia społecznego, a Brat Albert cierpiał na bardzo ciężką jej postać.

Jednym słowem: nasz święty naprawdę wiele w życiu przeszedł. Dzięki temu stał się człowiekiem z krwi i kości. Jednocześnie był bardzo towarzyski. Myślę, że musiał mieć silną osobowość, skoro jego zdanie na temat sztuki było dla malarzy, których dzisiaj uważamy za najlepszych polskich artystów, wiążące. Liczono się z jego zdaniem do tego stopnia, że nawet Stanisław Witkiewicz pytał Adama Chmielowskiego, co sądzi o pracach jego syna, późniejszego Witkacego. Ta opinia była dla niego bardzo ważna, o czym świadczą listy Witkiewicza do matki, w których podkreślał, iż nawet Brat Albert stwierdził, iż młody malarz ma talent. Poza tym wszystkie opowieści z czasów pobytu w Monachium dowodzą, że przyszły święty cieszył się sympatią kolegów. Podobnie wynika z pamiętników powstańców, którzy podkreślali, iż Chmielowski był lubiany, towarzyski, pomocny, wesoły.

 

Czy możemy wskazać moment, kiedy poczuł powołanie do życia zakonnego?

Szczerze mówiąc, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Adam miał w ogóle powołanie do życia zakonnego. Raczej skupiał się na pomocy odrzuconym. Nie można jednak powiedzieć, że nagle przeżył nawrócenie. Owszem, jakąś pobożność miał, ale niezbyt dużą, bo - jak sam opowiadał - kiedy spadł z konia i został poważnie ranny, to jakoś specjalnie nie był wówczas skory do modlitwy. A kiedy po amputacji nogi zasugerowano mu, że dobrze by było wezwać księdza, wyobrażał sobie, iż odwiedzi go kapucyn z długą brodą, bo to idealnie pasowałoby do romantycznego obrazu. Gdy zjawił się gruby kapłan okutany szalikiem, Chmielowski nawet na niego nie spojrzał, nie wspominając o przystąpieniu do spowiedzi. Jednak z pewnością nie był ukierunkowany na Boga w momencie studiów w Monachium. Natomiast bardzo intensywnie o Nim myślał tuż przed tym, zanim trafił do szpitala psychiatrycznego. Świadczy o tym nowicjat u jezuitów, który odbył przed załamaniem. Jednak trudno mi jednoznacznie wskazać moment, w którym A. Chmielowski poczuł powołanie. Może wpłynął na to zawód miłosny? Nie wiem. Zresztą powołanie to przecież tajemnica. A to, że w końcu założył habit - jak wynika ze świadectw, na które trafiłam - to poniekąd efekt namowy ówczesnego biskupa Krakowa. Widział on bowiem, iż posługa Brata Alberta wśród ubogich jest krytykowana przez ówczesny kler, który był nieprzyzwyczajony do tego, by świecki głosił katechezy, mówił o Bogu, ewangelizował. Ponadto Chmielowski, mieszkając wśród morderców, żebraków, pijaków, budził zgorszenie ówczesnych duchownych.

 

Jaki testament zostawił nam, współczesnym, Brat Albert?

Przede wszystkim, byśmy potrafili dostrzec w drugim człowieku Chrystusa. A. Chmielowski nigdy nie pytał, dlaczego czyjeś życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Nikogo nie potępiał, nie osądzał, nie moralizował. Nigdy nie brzydził się drugiego, zawsze miał dla niego czas. Mówił nawet, że kiedy medytujesz, a w tym czasie przyjdzie do ciebie osoba potrzebująca pomocy, to należy przerwać modlitwę, bo ważniejszy jest człowiek, w którym Brat Albert widział Jezusa. Dzisiaj, kiedy tak boimy się obcych, przybyszów, odrzuconych, bezdomnych, to bardzo aktualne wezwanie do miłości i miłosierdzia.

 

Dziękuję za rozmowę.


Święty człowiek z krwi i kości

Brat Albert, jakiego znamy z obrazów i świątobliwych opowieści, jest czuły, miłosierny i troskliwy, ale jednocześnie bardzo nieprawdziwy.

 

Nastoletni Chmielowski napadł przecież na pocztowy furgon, a z oddziałem powstańców „komandosów” atakował Moskali, walcząc o życie i wolność. W czasie potyczki z nimi stracił nogę. Uciekając przed represjami, zamieszkał aż w Paryżu, gdzie klepał biedę, mogąc jedynie pomarzyć o życiu wyższych sfer. Po ogłoszeniu amnestii dla powstańców wrócił na ziemie polskie. Był utalentowanym malarzem, który dopiero z czasem zaangażował się w pomoc najbiedniejszym. To jednak nie było łatwe. Musiał mierzyć się z odtrąceniem przez dotychczasowych przyjaciół, nierozumiejących jego oddania się pracy na rzecz ludzi najuboższych, i niechęcią duchownych, którzy traktowali to jako fanaberię artysty.

W książce pt. „Brat Albert. Biografia” Natalia Budzyńska przedstawia nam człowieka z krwi i kości. Uczłowiecza świętego i pokazuje go takiego, jakim był naprawdę - surowego, bezpośredniego, twardego, ale równocześnie bezgranicznie kochającego.

MD

Powrót

Aktualności

Więcej artykułów z tej kategorii »

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

FOTOGALERIA

Święto rodziny


W niedzielę 13 maja do sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin przybyli narzeczeni, małżeństwa i rodziny z dziećmi z całej diecezji. Tegoroczne spotkanie odbyło się pod hasłem „Rodzina drogą Kościoła”. [fot. K. Ochnio]

FOTOGALERIA

Jarmark św. Stanisława


Ponad 200 wystawców, występy artystyczne, a przede wszystkim słoneczna pogoda - tak wyglądał XI Jarmark św. Stanisława w Siedlcach, który odbywał się 11 i 12 maja. [fot. J. Kurzawa]

PATRONAT "ECHO"


Rok o. Pio
Dwa okrągłe jubileusze: 100 lat od otrzymania stygmatów i 50 lat od przejścia do domu Ojca - ten rok z pewnością będzie należał do św. o. Pio.
więcej »
Diecezjalna Pielgrzymka Kobiet
Odbędzie się już po raz trzeci w Pratulinie 27 maja.
więcej »
Na Bożą chwałę
27 maja w parafii pw. św. Małgorzaty w Ulanie odbędzie się II Festiwal Pieśni Maryjnej.
więcej »
Znów zagrają dla Jezusa
W gronie polskich miast, które w Boże Ciało zagrają dla Jezusa, po raz drugi znajdą się także Siedlce. Koncert uwielbienia „Siedlce dla Jezusa” ph. „Bądźcie mocni w Panu - siłą Jego Ducha” odbędzie się 31 maja, o 19.00, na płycie miejskiego lodowiska przy ul. B. Prusa 6.
więcej »
 

POLECAMY


Bóg nie umarł
Monolith Films przedstawia „Bóg nie umarł. Światło w ciemności”. Film w kinach od 18 maja!
więcej »
Grają o plac zabaw!
Szkoła Podstawowa z Oddziałami Integracyjnymi nr 6 im. Władysława Broniewskiego w Siedlcach gra o nowy plac zabaw. Głosowanie trwa!
więcej »
 

SONDA

 

Miesiąc z Maryją...

uczestniczę w nabożeństwach majowych

kojarzy mi się z wiosną

odmawiam Litanię loretańską

nabożeństwo do Maryi nie powinno ograniczać się do jednego miesiąca

jest jak każdy inny



LITURGIA SŁOWA


Niedziela
Czytania:
Dz 2,1–11; Ps 104, 1ab i 24ac.29bc–30.31 i 34 ;
Ga 5,16-25

Ewangelia:
16,12-15

Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

PROMOCJA

 

 
statystyka

NASI PARTNERZY

Copyright 2008 Echo Katolickie

Realizacja KREATOR