Pan od pszczół
Pszczelarz, u którego zaopatruję się w miód, stracił połowę rodzin z powodu nosemozy. Co to za choroba?
Nosemoza jest chorobą pszczół wywoływaną przez pasożytnicze grzyby. Atakuje ona jelito środkowe pszczół dorosłych, prowadząc do osłabienia i niedożywienia, a w konsekwencji do strat w pasiece. Jest chorobą zakaźną. Jeżeli do ula przyniesie ją jedna pszczoła, istnieje możliwość zarażenia całej rodziny.
Rozwojowi choroby sprzyjają trudne warunki bytowania, szczególnie okres zimowy oraz późna i zimna wiosna. Ponieważ namnażające się grzyby powodują u pszczół rozdęcie jelita, a ze względu na niską temperaturę nie mogą one wylecieć na dwór, załatwiają się wewnątrz ula, co w normalnych warunkach nie ma nigdy miejsca. O odchody ocierają się inne pszczoły, w ten sposób się zarażając.
Po czym poznać obecność choroby w rodzinie?
Pszczoły zarażone chorobą są osłabione, wykazują słabą aktywność. Są przepełnione i powinny jak najwcześniej skorzystać z oblotu. Mają biegunkę, dlatego wnętrze ula i wylotek są całe zabrudzone. Jeśli pogoda na to pozwala, wychodzą, ale startują z trudem, są ciężkie, obolałe. Niestety zdarza się, że pszczelarz, robiąc pierwszy wiosenny przegląd, zastaje w ulu już tylko resztki po całej rodzinie.
W jaki sposób można zapobiegać nosemozie?
Najważniejsza jest profilaktyka, która oznacza dbanie o higienę w pasiece. Moim zdaniem gwarantuje ją wymiana maksymalnej liczby plastrów w sezonie, żeby wyeliminować źródło chorób. Im mniej w plastrach „koszulek” po kolejnych pokoleniach wygryzających się pszczół, tym mniej wirusów, baterii i grzybów. Kolejna sprawa to dostosowanie powierzchni gniazda w ulu do siły rodziny. Trzeba też bezwzględnie zapobiegać wilgoci w ulu. Kiedyś zimy w Polsce były bardziej mroźne. Do dzisiaj w niektórych pasiekach pokutuje jeszcze przekonanie z przeszłości, że ul na zimę trzeba maksymalnie ocieplić. Stąd wielu pszczelarzy jesienią pakuje do uli stare palta czy kołdry, tym samy narażając pszczoły na wilgoć. Osobiście jestem zdania, że rodziny powinno się zimować na otwartych dennicach, by zapewnić wentylację. Kolejna sprawa to dbanie o silne rodziny, bo tylko takie są w stanie się obronić przez różnego rodzaju wirusami, bakteriami czy grzybami. Przed zimowlą pszczoły trzeba zakarmić najpóźniej do 15 września, a wielu właścicieli pasiek odkłada to, licząc np. na zbiory miodu z wrzosu. Skutki tego mogą okazać się opłakane. Po pierwsze, pszczoły przy przerabianiu podanego tak późno pokarmu, najczęściej jest to pokarm cukrowy, osłabiają się. Po drugie, stają się bardziej podatne na różnego rodzaju wirusy, bakterie, grzyby. Widząc, że rodzina choruje, na przedwiośniu właściciel pszczół powinien przede wszystkim ograniczyć jej powierzchnię, tzn. maksymalnie ścisnąć gniazdo, ocieplić je i spowodować, by nie było w nim wilgoci. Nie wykluczy się w ten sposób choroby, ale ograniczy.
Czy jeśli choruje jedna rodzina, to już prognostyk, że choroba może dotknąć całą pasiekę?
Niestety tak, ponieważ pszczoły się kontaktują. Poza tym pokarm, który zostaje w ulu po padłej rodzinie, pszczoły z innych rodzin w pasiece chętnie rabują, tzn. przenoszą do swego gniazda. Nie można więc do tego doprowadzić. Niestety, ale jeśli z chorej rodziny została dosłownie garstka pszczół, trzeba je zlikwidować, wosk przetopić, a wnętrze ula odkazić. Wszystko po to, żeby nie narażać zdrowych rodzin.
Dużo zależy od pszczelarza…
Od 40 lat prowadzę intensywną gospodarkę pasieczną. W sezonie wymieniam wszystkie plastry gniazdowe i w ten sposób eliminuję z gniazda większość patogenów. Z powodu nosemozy nigdy nie padła mi cała rodzina. Na naszym terenie zdarza się, że po zimie pszczelarze tracą z tego powodu ich część. Jeśli mogę coś podpowiedzieć innym, to zachęcam, by dbać o higienę w ulu, wcześnie przed zimą zakarmić pszczoły pokarmem dobrej jakości i w odpowiedniej ilości oraz zimować silne rodziny, dopasowując odpowiednią ilość plastrów.
Czy przed nosemozą można bronić się farmakologicznie?
Był lek, ale we wszystkich krajach Unii Europejskiej zabroniono jego stosowania ze względu na niekorzystne pozostałości w produktach pszczelich. Mamy do dyspozycji zioła, np. piołun, wrotycz, i preparaty ziołowe czy olejki eteryczne. Podobnie zresztą jest z warrozą, największym wrogiem naszych podopiecznych – części leków, dobrych, skutecznych, nie możemy stosować, ponieważ nie są dopuszczone na terenie Unii Europejskiej. To jedna strona medalu. Druga to nieodpowiedzialność części hodowców, którzy nie stosują zalecanych przez producenta leku określonych dawek i okresów stosowania. Dostępne są leki na bazie amitrazy czy kwasów – zadziałają, jeżeli używa się ich zgodnie z instrukcją zawartą na opakowaniu. To ważne, bo nadchodzi okres, który przez pszczelarzy bezwzględnie powinien być wykorzystany na walkę z tym groźnym pasożytem. Jeden z moich znajomych narzekał niedawno, że dostępne leki nie działają na warrozę. Oczywiście jest to nieprawda. Każdy lek działa – jeden bardziej, inny mniej skutecznie – ale każdy należy właściwie zastosować.
To swego rodzaju ewenement, że koło w Siemieniu, do którego Pan należy, choć ma charakter gminny, posiada swoją stronę i wiele działań na koncie. Z czego to wynika?
Tradycje pszczelarskie na naszych terenach sięgają średniowiecza. Traktem łączącym Kraków, Lublin i Wilno często podróżował król ze swoją świtą. Dworzan trzeba było wyżywić. Rozciągające się na tych terenach knieje dostarczały zwierzyny i miodu. Z czasem pszczoły zaczęto trzymać przy domostwach. Pszczelarstwo miało się więc u nas zawsze dobrze. Po wojnie hodowcy chętnie się zrzeszali przy spółdzielniach rolniczych czy ogrodniczych, tym bardziej że uprawy rolne potrzebowały zapylaczy. W latach 80 pasieki zaczęła atakować warroza. Starsi pszczelarze nieufnie podchodzili do rad udzielanych im przez młodszych – takich jak ja, bo właśnie wtedy zaczynała się moja przygoda z pszczelarstwem – i tracili całe pasieki. „Padały” też koła. Powstał kryzys, brakowało pszczół, ale – paradoksalnie – nam ta sytuacja ułatwiła „zaistnienie”. Nie było jednak łatwo, bo nas też dotknął brak na rynku cukru na zakarmienie rodzin pszczelich. Łatwiej było go kupić tym zrzeszonym, więc pszczelarze masowo zaczęli się organizować w kołach. Przyszły szkolenia, wchodził nowy sprzęt, ule. Z tzw. leżaków przechodziliśmy na stojaki, z myślą o opłacalności część pszczelarzy, ja również, zaczęła stawiać na gospodarkę wędrowną.
Pszczelarska passa i pasja trwają?
W tym roku postanowiłem zmniejszyć pasiekę. 25 rodzin przeznaczyłem dla powodzian. Przekazał je Wojewódzki Związek Pszczelarzy w Lublinie. Pszczelarka, do której trafiły pszczoły z gminy Siemień, w powodzi straciła 80 rodzin oraz pracownię. Mam nadzieję, że nasze pszczoły już produkują miód. Zostało mi 15 rodzin, a więc mam tyle, co dla siebie. Passa trwa, a co do pasji, to pojawiła się nowa… Od jakiegoś czasu prowadzę zajęcia edukacyjne w szkołach i przedszkolach. W specjalnym poglądowym ulu pokazuję dzieciom pszczoły, opowiadam o roli i znaczeniu pszczół w przyrodzie, zapoznaję je też z produktami pszczelimi, tłumaczę, że pszczoły to bardzo pożyteczne owady i że nie są groźne, jeżeli będziemy wiedzieć, jak się w ich obecności zachować. Z takich zajęć zadowoleni są wszyscy – wychowawczynie, dzieci, rodzice, a mnie daje to dużo satysfakcji. Często, kiedy dzieciaki widzą mnie na ulicy albo w sklepie, krzyczą: „Mamo, to ten pan od pszczół”!
Dziękuję za rozmowę.
LI