Lody z nie lada tradycją
Jakość oraz metoda wytwarzania sięgająca 1957 r. sprawiły, że od 2017 r. lody Chyz widnieją na liście produktów tradycyjnych województwa lubelskiego. Początki cukierni sięgają 1957 r. Założyli ją Jadwiga i Tadeusz Chyzowie. Jednak historia rodzinnej firmy sięga o wiele głębiej w przeszłość… - Moja prababcia Julia pracowała prawdopodobnie ok. 1915 r. w lodziarni w Petersburgu, skąd przywiozła recepturę wyrobu. Na Wschodzie znalazła się, kiedy jej rodzina opuściła Sławatycze w ramach ucieczki przed nadciągającą armią niemiecką.
Po zakończeniu I wojny światowej powróciła na tę stronę Bugu i wraz z mężem Antonim otworzyła restaurację, która przetrwała też czasy II wojny światowej – wspomina Magdalena Chyz. – Prababci pomagali w pracy mąż i najstarsza córka Józefa. Wkrótce z inicjatywy Julii rodzina zaczęła wytwarzać lody i serwować je w kawiarni. Wiosną 1957 r. do spółki dołączył Tadeusz, najmłodszy syn prababci, z żoną Jadwigą – opowiada pani Magdalena, która obecnie, tj. w okresie wakacyjnym, prowadzi wraz z mężem punkt sprzedaży lodów w Okunince. Matka M. Chyz od dziesięcioleci pilnuje interesu w Sławatyczach, natomiast córka pani Magdaleny zajęła się sprzedażą lodów w Białej Podlaskiej.
Kilkadziesiąt lat temu Chyzowie byli pionierami w produkcji mrożonego frykasu. W czasach, kiedy chłodziarki i zamrażarki nie były dostępne, do produkcji używali tafli lodu, które zimą wykuwali z pobliskich zbiorników wodnych, m.in. na starorzeczu Bugu. Bryły ładowano na wóz i zwożono na podwórko, gdzie układano je w kształcie piramidy, która osiągała rozmiary stodoły – nawet 10 x 10 x 15 m. Później okładano ją co najmniej 20-centymetrową warstwą trocin. W ten sposób przechowywany materiał służył później całe lato jako chłodziwo. Urządzenia chłodnicze pojawiły się dopiero w latach 70. – Początkowo produkcja odbywała się w drewnianej beczce, w której umieszczało się kankę na mleko obłożoną lodem. Masę z mleka, cukru i jaj ubijano kijem. Po latach mój dziadek Tadeusz wpadł na pomysł, aby użyć maszynki z korbą przypominającej sieczkarnię. Oczywiście to również była praca ręczna. Tato opowiadał, jak jego ojciec stawiał go – wówczas małego chłopca – na skrzynce i kazał godzinami kręcić korbą – relacjonuje pani Magdalena.
Zakupione w latach 70 maszyny elektryczne do produkcji lodów spełniają swoje zadanie do dnia dzisiejszego.
W okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej władze dążyły do likwidacji prywatnych firm i zastępowania ich przedsiębiorstwami państwowymi. Kiedy następowała zmiana, zamknięto restaurację i zamieniono ją na kawiarnię. Dziadkowie pani Magdaleny nadal byli w spółce z Józefą i Julią.
Mleczne i owocowe
W sklepach słodycze były wtedy rarytasem, ale mieszkańcy Sławatycz i okolicznych miejscowości mieli swoją lodziarnię. – Więcej sprzedawało się w niedziele i dni świąteczne, ale i w ciągu tygodnia nie brakowało chętnych. Przyjeżdżali ludzie z Wisznic, Dołhobród, Kodnia, Terespola czy Tucznej. Lody zabierano także na lokalne jarmarki i odpusty. Swoją produkcję w tamtym czasie otworzyła też Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” w Sławatyczach, jednak interesu z tego nie mieli. Natomiast u mojej rodziny, która przeszła długą drogę, aby osiągnąć wyrób bardzo dobry jakościowo, nie było problemów ze zbytem, a deser cieszył się dużym zainteresowaniem – podkreśla M. Chyz.
Chyzowie zaczynali od jednego smaku – mlecznego. – Z opowieści dziadków wiem, że był on podstawowy. W sezonie zbioru owoców pojawiały się lody truskawkowe, malinowe, z owoców zbieranych z pola oraz leśnych jagód. Udawało się nawet pozyskać kakao, które przysyłała rodzina ze Stanów Zjednoczonych. Jajka zbierane były od gospodarzy po okolicznych wsiach, podobnie mleko. Problem był z cukrem, dlatego dodawano przeciery owocowe – mówi pani Magdalena.
Uzyskanie ostatecznego, najlepszego smaku zajęło rodzinie Chyzów nieco czasu, jako że do wszystkiego dochodzili metodą prób i błędów. Pomocne okazały się wskazówki ludzi – m.in. Antoniego Skibińskiego, który pomógł w dopracowaniu odpowiedniej konsystencji lodów.
Ubywa klientów
W latach 80 mleko zakupywane u rolników zaczęto zastępować produktem z mleczarni. – Wprowadzane przez Państwową Inspekcję Sanitarną wymagania dotyczące higieny produkcji, jakości surowców czy warunków przechowywania zmieniały się na przestrzeni lat. Jesteśmy zobowiązani do przestrzegania szeregu przepisów sanitarno-epidemiologicznych – wyjaśnia M. Chyz, zauważając, iż dużym obciążeniem jest obarczanie takimi samymi zadaniami, jakie obowiązują w dużych zakładach, jednoosobowych działalności gospodarczych (np. sporządzanie rejestru wytwarzanych odpadów). – A nie możemy pozwolić sobie na zatrudnianie dodatkowych pracowników – dodaje.
Największym problemem w działalności jest brak klientów – szczególnie w nadbużańskich Sławatyczach. Trudności wynikają z wprowadzonego w latach 2022-2024 stanu wyjątkowego na granicy polsko-białoruskiej. Obowiązuje tu strefa buforowa, z którą wiążą się ograniczenia w dostępie i przebywaniu. – Ludzie mają świadomość, że na Ukrainie trwa wojna, słyszą o próbach nielegalnego przekraczania granicy, atakach migrantów na funkcjonariuszy Straży Granicznej, próbach forsowania zapory. Unikają tych terenów. Jako przedsiębiorcy cierpimy z tego powodu, nie korzystamy ze specjalnych ułatwień, zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Moja mama, która prowadzi lodziarnię w Sławatyczach, mówi, że ludzie przestali odwiedzać tereny przygraniczne – zaznacza producentka.
Odwiedzając na trasie wakacyjnych wojaży wschodnie rubieże naszej diecezji, warto zatrzymać się w Sławatyczach choćby po to, aby spróbować lodów wyrabianych w oparciu o przekazywaną z pokolenia na pokolenie przedwojenną recepturę.
Joanna Szubstarska