Dla każdego coś…
Gminny Ośrodek Kultury w Sarnakach wita piękną pogodą. Na dziedzińcu przed budynkiem ośrodka wre praca. To panowie urządzają plac przed wieczornym występem sztukmistrzów. Towarzyszą im dwie sympatyczne maszkary. Te kukły to dzieło nadal współpracującej z GOK poprzedniej dyrektor Teresy Jakubińskiej.
Drzwi „na wciąż otwarte” zapraszają milusińskich. Światło gaśnie punktualnie.
Oczywiście, że klimatycznie
Święto teatru rozpoczyna „Czerwony Kapturek”. Bo nie można przejść przez dzieciństwo, nie znając tej historii.
Nastrojowa scenografia przenosi widzów w krainę baśni. Usadowione na matach dzieciaki chłoną każde słowo, każdy gest. Żywiołowo reagują na zadawane ze sceny pytania. Spektakl różni się od pierwotnej wersji – wilk zostaje zdemaskowany, zanim połknie Babcię i Czerwonego Kapturka. I ukarany za swoje niecne zamysły – będzie sprzątał las.
Aktorski zespół to doświadczone aktorki, twórczynie działającego przy GOK od 40 lat kabaretu Łzy Sołtysa. Skromnie mówią o sobie: półprofesjonalistki. Same przygotowują dekoracje, same robią lalki, same – jeśli uznają za słuszne – modyfikują wersje znanych baśni. – Staraliśmy się – mówią o przekierowanej na klimatyczny temat biografii wilka – nie straszyć dzieciaków. Po co się bawią w teatr? – Robimy to dla kreowania wyobraźni młodych ludzi. Takie spektakle to dla młodych widzów kontakt z aktorem, kontakt z literaturą. Wszystko to na żywo mogą przeżyć. Nie siedzą przed komputerem, przed tabletem, tylko na widowni i oglądają spektakl. Taka wartość dodana. A one same mają niekłamaną satysfakcję z żywiołowych reakcji młodych widzów. I cieszą się, że choć seniorynki, to mogą jeszcze coś dać od siebie ludziom.
Dzieci nie lubią arii? Akurat!
W klimatyczne tematy poszedł też teatr Qfer. Wystawionej przez niego „Królewnie Śnieżce” życie – podobnie jak w oryginale – zatruwa zła macocha. Ale żeby było współcześnie – zła moc jabłka, którym uraczy królewnę, nie pochodzi z klasycznego zatrucia, tylko z braku należytego umycia owocu. Wielki plus tego spektaklu to nawiązana pomiędzy sceną i młodą widownią wspaniała komunikacja. Wybrani spośród widzów: Królewna Śnieżka, Książę, Siedmiu Krasnoludków podniosły na wysoki poziom emocje uczestników festiwalu. Dzieci wprost rwały się do odgrywania zaproponowanych przez prowadzącego spektakl ról, a teatralne stroje, które otrzymały na ustawionej na placu za nadleśnictwem scenie, wprowadzały w prawdziwe aktorstwo. Nie zaniechała tego obyczaju także Opera jak z bajki. I gdyby ktoś chciał pomyśleć, że nie jest to gatunek dla młodych widzów, bardzo by się pomylił.
Wieczorny pokaz sztukmistrzów oczarował zwłaszcza męską część widowni – gotową wchodzić na scenę i – w nastrojowej scenerii nocy – chłonącą każdy ruch cyrkowców.
Zauroczył też nie tylko najmłodszych widzów zrealizowany na podstawie baśni Ignacego Kraszewskiego „Kwiat paproci”. Tutaj – obok ważnego przesłania – mocno zagrały dekoracje, efekty świetlne, elektroniczne i elektroakustyczne.
Taki fajny weekend
Trzy sierpniowe dni: 8, 9 i 10. Trzy miejscowości: Sarnaki, Mierzwice i Serpelice. 17 grup teatralnych i 20 spektakli. Warsztaty, gry i zabawy, nauka tańców podlaskich, żywa rzeźba. Spektakle lalkowe i uliczne, spektakl operowy dla dzieci, teatr obrzędowy, teatr improwizacji, teatr opowieści i teatr ognia. Piątek i sobota to program dla dzieci. Niedziela zaprosiła też – nie tylko w roli opiekunów – młodzież i dorosłych. To właśnie z myślą o nich niedzielny wieczór i szóstą edycję Gaduchy zamknął pokaz teatru ognia.
– Chciałam stworzyć coś, czego u nas nie ma – mówi dyrektor sarnackiego GOK Magdalena Rudnik, pomysłodawca i dyrektor festiwalu.
Jest dyrektorem od 2017 r., a pierwsza edycja Gaduchy była w 2020 r. – Przez te trzy lata rósł mi apetyt – zwierza się ze swoich marzeń. – Chciałam stworzyć coś, czego u nas nie ma.
Zaproszenia do występujących na festiwalu zespołów wysyła z rocznym wyprzedzeniem, a zdarza się, że wcześniej. A zaprasza – o czym można się naocznie przekonać, nie byle kogo. – Chodzi o wysoki poziom artystyczny – tłumaczy. – Żeby byli to absolwenci szkół teatralnych. Ideą festiwalu jest też pokazanie różnych form – mamy żonglerów, ale mamy też pacynki. Jest forma nowego cyrku i forma jarmarczna rodem ze średniowiecza. Chodzi o to, żeby pokazać przekrój i różnorodność form – objaśnia.
Cieszy się, że wytrzymała pogoda, że dopisali widzowie, nie zawiedli artyści, organizacyjnie też wszystko udało się spiąć. – Nas pracuje tylko garstka osób – wyjaśnia. I chwali swoich współpracowników. Bo na Gaduchę pracuje cały ośrodek kultury. Plus – jak je nazywa „trzy siostry” – zaangażowane w każdy festiwal pracujące w bibliotece panie.
Zatem – do zobaczenia za rok.
Anna Wolańska