Faustyno, zrób coś z tym!
Kiedy lekarz Adam Zylber żegnał się z opuszczającą sanatorium przeciwgruźlicze na Białym Prądniku s. Faustyną, poprosił o stojący na jej szafce obrazek św. Teresy. „Nie boję się zarazy, bo s. Faustyna jest świętą, a święci nie zarażają” - odpowiedział pielęgniarce, która zaniepokojona zapytała o dezynfekcję. Już wtedy zdawał sobie sprawę z wyjątkowości swojej pacjentki. Był rok 1938. Faustyna wracała do klasztoru, by umrzeć.
Odchodziła cicho, w pokoju, otoczona modlitwą. 5 października, kwadrans przed 23.00, uśmiechnęła się i odeszła do domu Ojca. Jednak jej misja dopiero się zaczynała. „Czuję dobrze, że nie kończy się posłannictwo moje ze śmiercią, ale się zacznie. O dusze wątpiące, uchylę wam zasłony nieba, aby was przekonać o dobroci Boga, abyście już więcej nie raniły niedowierzaniem najsłodszego Serca Jezusa. Bóg jest Miłością i Miłosierdziem” (Dz. 281) – zapisała w „Dzienniczku”. Dotrzymała słowa. Dziś jest jedną z najskuteczniejszych orędowniczek. Kilka lat przed zakończeniem procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny do trybunału w Rzymie zgłoszonych zostało 6 tys. cudów i łask za jej wstawiennictwem, które zarejestrowano w Polsce. A ile ich było na całym świecie? Ile wydarzyło się przez te wszystkie lata? Z pewnością dziesiątki tysięcy. Niemal każdego dnia w księgach łask Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach zapisywane są kolejne historie nadzwyczajnej interwencji apostołki Bożego Miłosierdzia.
Przyszłam do ciebie
Jedno z najbardziej poruszających świadectw pochodzi z Włoch. Luciano Boschetto, mieszkaniec okolic Mediolanu, w kwietniu 2004 r. trafił do szpitala w stanie ciężkim – sparaliżowany, z licznymi problemami neurologicznymi i kardiologicznymi. Lekarze nie ukrywali: szanse na poprawę były znikome. W nocy, nie mogąc zasnąć, Luciano rozmawiał z pacjentem z sąsiedniego łóżka. W mroku szpitalnej sali nagle pojawiło się światło. ...
Jolanta Krasnowska