O krok od tragedii
Co wydarzyło się w sobotnią noc z 16 na 17 listopada i dlaczego cała Polska z niepokojem patrzy dziś na mazowieckie tory? Sobotni wieczór 16 listopada w okolicach Życzyna upłynął spokojnie - do czasu. Między 20.30 a 21.30 mieszkańcy usłyszeli potężny huk. Część z nich była przekonana, że doszło do wybuchu. Powiadomiono policję.
Funkcjonariusze podjęli interwencję, lecz rewizja terenu nie wykazała wówczas żadnych nieprawidłowości. Dopiero następnego dnia, w niedzielny poranek, maszynista pociągu relacji Lublin – Warszawa zauważył niepokojące uszkodzenie torów w pobliżu stacji Mika. Zgłosił je do centrali, co uruchomiło pierwsze działania. Na miejscu błyskawicznie pojawili się przedstawiciele kolei, służb oraz lokalne władze.
Pierwsze sygnały o dywersji
Wizyta na miejscu zdarzenia starosty garwolińskiej Iwony Kurowskiej stała się punktem zapalnym informacyjnej lawiny. To ona jako pierwsza w mediach społecznościowych użyła sformułowania „akt dywersji”, powołując się na informacje uzyskane od lokalnych służb. – Nie wymyśliłam tego. Nie miałam powodu, by przekazywać niesprawdzone wiadomości. Taka informacja została mi przekazana około południa – tłumaczy. Podkreśla, że mieszkańcy już kilka godzin wcześniej zgłaszali huk, który miał być słyszalny w promieniu nawet 2,5 km. – Rozmawiałam z osobami, które wprost mówiły o wybuchu – dodaje.
Pociągi przejechały przez uszkodzony tor
Najbardziej niepokojący wątek dotyczy ruchu kolejowego. Z informacji, które otrzymała starosta, wynika, że od momentu pierwszych nocnych zgłoszeń do chwili zatrzymania ruchu linią mogło przejechać nawet osiem pociągów. – Byliśmy naprawdę o krok od katastrofy. Na szczęście nic się nie stało, ale takie sytuacje nie mogą mieć miejsca – mówi I. Kurowska. To rodzi pytania o działanie systemów monitorujących stan infrastruktury oraz o to, czy komunikacja między służbami była prawidłowa. Tym bardziej że – jak twierdzi starosta – kolejne niepokojące zdarzenie odnotowano kilkanaście kilometrów dalej, już w kierunku Lublina.
Premier potwierdza
W niedzielę premier Donald Tusk nie wykluczył, a następnego dnia potwierdził, że doszło do celowego zniszczenia torów i że użyto „ładunku wybuchowego”. Dopiero wtedy rząd przedstawił oficjalny komunikat, a na miejscu pojawili się premier, szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, koordynator służb specjalnych oraz komendant główny policji. To, zdaniem starosty garwolińskiej, zbyt późna reakcja – szczególnie wobec skali potencjalnego zagrożenia.
Coś jest bardzo nie tak
Do sprawy odniósł się również poseł Grzegorz Woźniak, który podkreśla, że informacje o „wybuchu” potwierdzały mu osoby mieszkające w pobliżu zdarzenia. – Jeżeli służby rano zabezpieczają ogromny obszar wokół torów, a rząd wypowiada się dopiero po kilku godzinach, coś jest bardzo nie tak z przekazem informacji – ocenia poseł. Według Woźniaka uszkodzenie torów nie wyglądało na „zwykłe pęknięcie szyny”, a bardziej na poważną wyrwę.
Burza wokół rzecznika służb
Dodatkowym wątkiem stała się reakcja rzecznika służb specjalnych Jacka Dobrzyńskiego, który publicznie skrytykował starostę Kurowską za jej wypowiedzi. Ona z kolei odbiera to jako próbę odwrócenia uwagi od właściwego problemu. – Nie mówiłam o żadnym telefonie z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, jak zasugerował rzecznik. To manipulacja. Zamiast informować o zagrożeniu, pojawiły się próby zdyskredytowania mnie – komentuje starosta Kurowska. Twierdzi też, że gdyby nie materiały opublikowane przez Telewizję Republika, część mieszkańców mogłaby w ogóle nie dowiedzieć się o incydencie.
Mieszkańcy oczekują jasnych odpowiedzi – czy można bezpiecznie podróżować i czy podobne sytuacje mogą się powtórzyć. – To wydarzenie obnażyło, że nie zadziałały procedury, które powinny gwarantować bezpieczeństwo. Teraz trzeba przejrzeć wszystkie – od początku do końca – puentuje starosta I. Kurowska.
Waldemar Jaroń