Aktualności

Bug – nieustająca inspiracja

Rozmowa z prof. Stanisławem Bajem, malarzem, wykładowcą Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Rzeka Bug towarzyszy Panu od dziecka. W jakich okolicznościach po raz pierwszy ją Pan odkrywał? Kiedy stała się zachwytem, inspiracją i tematem twórczym?

Mieszkam nad starym Bugiem, w Dołhobrodach. Tutaj się urodziłem i spędziłem dzieciństwo, tutaj też obecnie pracuję. Odkąd pamiętam, udawaliśmy się z rodzicami na pielgrzymki do Kodnia furmanką i po drodze mijaliśmy rzekę. Na popasie koni można było dojść do Sugrów, gdzie kilka lat temu powstał rezerwat przyrody. To była okazja do obserwacji Bugu. Pamiętam ten czas jak przez mgłę, choć bardziej przypominam sobie sianokosy – łąki rozciągały się do samej wody.

Świadomość, że rzekę można nie tylko oglądać podczas wędrówek, przy pasieniu krów czy sianokosach, ale także ją malować, pojawiła się w latach nauki w szkole podstawowej. Nauczycielka plastyki Maria Lewandowicz-Mazurek pokazała swoje obrazy Bugu, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Próbowałem samodzielnie malować – na płótnie naciągniętym na dyktę, używając pasty do zębów i tempery, zasiadałem nad starym Bugiem, za stodołą. Dziś znajduje się tam moja pracownia.

Pierwsze sentymentalne wspomnienia i doznania dotyczą rzeki, ale i życia na wsi – głównie domu, który stanowi największą wartość. Pamiętam, jak u nas, zwłaszcza w kuchni, gromadzili się sąsiedzi – przychodzili mimo zmęczenia pracami polowymi. Jesienią i zimą, kiedy matka tkała dywany, a ojciec wyplatał koszyki, siedzieli – nawet kilkanaście osób – i opowiadali m.in. o przygodach związanych z rzeką. Bugiem przeprawiano się zimą, aby przywieźć drewno z lasów, które otrzymywano z nadań po 1910 r.

Dziadek ze strony taty – Piotr Baj – dostał dziewięć morgów w wyniku parcelacji majątków ziemskich. Drewno posłużyło do odbudowy domów po pożarze w Dołhobrodach około 1919 r. Ta rzeka cały czas gdzieś funkcjonowała. Jej malowanie jest procesem, którego uczestnikami byli ważni mistrzowie w moim życiu. Jednym z nich jest pisarz Wiesław Myśliwski, drugim prof. Ludwik Maciąg, którego asystentem byłem wiele lat i który w pewnym okresie mieszkał nad Bugiem.

Obrazy tej rzeki zacząłem malować pod koniec lat 80-tych i zawsze były to ujęcia realistyczne. Bug jest piękny w swojej naturalności, a jednocześnie ma jakąś niezwykłą moc tajemnicy. Maluję najczęściej od południa, czyli od źródła, światła, co ma swoją symbolikę. Mam świadomość grozy rzeki – wiele osób w niej utonęło i często byli to młodzi ludzie. Zabrakło szacunku do żywiołu, a przyroda ma swoje prawa.

 

Bug zmienił się w ostatnim czasie za sprawą ingerencji w linię brzegową. W grudniu 2021 r., w odpowiedzi na liczne próby nielegalnego przekraczania granicy przez migrantów, polskie władze wprowadziły stan wyjątkowy, a wzdłuż rzeki pojawiły się zasieki. Czy wizje ujęć malarskich Bugu w tej sytuacji również uległy przemianom?

Przy malowaniu towarzyszą mi myśli o różnych obliczach Bugu. Kiedy pojawiły się zasieki, rzeka stała się trochę nieprzyjazna. To było zadanie dla twórcy – co z tym zrobić. Kiedy Bug układa się, jak to nazywam, do snu, nie ma wiatru, a tafla się wycisza, pozostaje widok zaczepów, które mówią, że jest on dziki i ciągle płynie.

Wraz z pojawieniem się na brzegu potrójnej koncertiny, błyszczącej jak biżuteria, zabijającej zwierzęta, odczułem grozę. Po półtora roku natura sobie z nią poradziła – drut oplótł dziki chmiel. Ja nie dawałem w tej sytuacji rady. Dlaczego? Bo próbowałem szkicować dosłownie. Powstawał dokument, który sprawiał, że widok stawał się bezpieczny. Poszukiwałem metafory – za pomocą ostrego światła, aby malarstwo przemówiło dramatyzmem.

Na jednym obrazie jest kropla ciemnoczerwonej farby, naśladująca krew – może zwierzęcą, może ludzką – która rozmywa się w wodzie. Ledwie zauważalna, bo przecież żywioł rzeki jest ogromny. Rok temu zdarzyła się straszna rzecz – wycięto drzewa wzdłuż granicy między Polską a Białorusią. Rozpacz i bezsilność. Co człowiek może zrobić? Jedynie pomyśleć pozytywnie o czymś, pomodlić się. Rzeka stała się zupełnie obca.

Ważny tekst na ten temat napisał znakomity poeta z Krakowa Wojciech Bonowicz, wskazując, że współczesny człowiek jest szybki, natychmiastowy, liczy się to, co teraz, bez refleksji na przyszłość. Moim zdaniem zahamowana została harmonia w przyrodzie i człowieku. Dlatego intuicyjnie malowałem symetrię, oglądając zakola Bugu niedaleko Kodnia na Sugrach. Staram się znaleźć formę plastyczną na tę sytuację.

 

Rzeka jest więc nieustającą inspiracją. A czy równie chętnie powraca Pan do malowania portretów ludzi wsi? Zachwycają one swoją autentycznością, harmonią, spokojem.

Portrety sąsiadów zacząłem malować w latach. Chciałem utrwalić chłopski świat, który odczuwałem intuicyjnie i który odchodził. Wrosłem w niego, od dzieciństwa silnie związałem się emocjonalnie. Ten świat nauczył mnie wielu spraw tego życia, m.in. tego, czym są etos pracy, godność drugiego człowieka, wiara w Boga.

Przejmowałem tradycję, wiarę, wiedzę o przodkach, m.in. o pradziadku unicie, który, aby pozostać w narodowości polskiej, wraz z moją prababcią szedł pieszo do zaboru austriackiego, by gdzieś w okolicach Leżajska wziąć ślub. Świadectwa wyrzeczeń, pragnień – to wszystko było częścią historii rodziny i miejsca, w którym żyję. Później, w okresie nauki i studiów, dochodziły nowe doświadczenia, ale korzeń, podstawa tożsamości pozostała. Malowałem portrety, ponieważ bardzo ciekawił mnie świat drugiego człowieka jako indywidualności i jednocześnie uniwersum. Próbowałem się dowiedzieć poprzez malowanie, zgłębić choć trochę tajemnicę istnienia człowieka, a tym samym siebie.

 

Konsekwentnie przez wiele lat malował Pan swoją matkę. Portrety przedstawione są w różnych odsłonach – raz to postać zatroskana, cierpiąca, innym razem o surowym spojrzeniu. Co prowadziło rękę malarza?

Kiedy sąsiedzi zaczęli umierać, została tylko matka i namalowałem kilkaset jej portretów. Chciałem dowiedzieć się o niej jak najwięcej o niej, choć to osoba bliska, to jednak dla twórcy inny, nie do końca rozpoznany świat.

Gdy powstało już wiele obrazów, zaczęła rodzić się symbolika, metaforyczność. Kiedyś, malując matkę, która towarzyszyła mi przy pracy w miejscowości Pawluki czy na Sugrach, zauważyłem niezwykłą sytuację. Jej malutka postać odbijała się długą smugą w rzece, a wokół roztaczała się przestrzeń świata przyrody. Przyszła refleksja: człowiek – tak niewielki, a tyle może.

Matka pojawia się także w innym ujęciu – na niewielkiej łódeczce, jakby przeprawiała się przez rzekę życia na drugi brzeg. Poszukuję odpowiednich proporcji, jeśli chodzi o człowieka. Nadal powstają postaci w dotąd niepokazywanej serii obrazów dużego formatu 2,5 na 1,5 metra.

 

W Pana twórczości pojawił się Chrystus Frasobliwy. Jakie było źródło fascynacji tym przedstawieniem rozmyślającej postaci Jezusa w pozycji siedzącej, z głową opartą na dłoni?

Ta znana już w średniowieczu figura funkcjonowała w sztuce ludowej, szczególnie w Polsce. Niesamowita symbolika – odpoczynek przed męką, frasowanie się sobą, ludzkim losem, wszechświatem, kosmosem, ciężarem tego, co ma za chwilę nastąpić.

W ten sam sposób ludzie, nie tylko na wsi, zasiadali spracowani, słuchając drugiego człowieka – w takim stanie odpoczynku, pełnym refleksji. Przypomina to rzeźbę Auguste’a Rodina „Myśliciel” – ukazującą siedzącą postać z pochylonymi plecami i głową w zamyśleniu. Wizerunek Chrystusa Frasobliwego funkcjonuje głównie w sztuce ludowej. Kilka lat temu poznałem ks. Pawła Śmigla, który jest największym kolekcjonerem tych przedstawień.

 

Jaką formę plastyczną zastosował Pan przy malowaniu portretów najbliższych oraz rzeki Bug? Dlaczego jest ona tak ważna?

Wizerunki przedstawione są dość realnie, ale nie naturalistycznie – podobnie rzeka Bug. To realizm pewnej prawdy istnienia. Tak jak rzeźbiarz używa dłuta, bez szlifowania, upiększania, tak malarz ekspresyjnie, w sposób najbardziej szczery kładzie poszczególne elementy obrazu, czyli kolor, pociągnięcie pędzla. Powstać mają postaci z prostego ludu, aby zachowana została zgodność z rzeczywistością, a nie jej odtworzenie.

Powstać mają postaci z prostego ludu, aby zachowana została zgodność z rzeczywistością, a nie jej odtworzenie.

Przy malowaniu rzeki początkowo były to pogodne widoki, pejzaże, które z czasem zmieniały się. Moim pragnieniem było dociec, w czym tkwi istota płynącej rzeki. To zupełnie inna materia niż zarośla, krzaki, niebo – woda przemieszcza się, jest lekko poruszona, co stanowi duże wyzwanie dla malarza. Z perspektywy lat mogę powiedzieć, że ważne są otwartość i dostrzeganie nawet drobnych detali otaczającej nas rzeczywistości. Nasze życie to fenomen i jeden wielki cud.

 

Dziękuję za rozmowę.

Joanna Szubstarska