Tam, gdzie na polach króluje dynia
Dyniowe zagłębie to nieprzesadzona nazwa dla wiosek w gminach Sosnówka i Wisznice?
Na pewno nie, bo odkąd pamiętam, dynie królują na naszych polach. W mojej rodzinie uprawiały je moja babcia i mama - na małą skalę, dość prymitywnymi metodami w stosunku do współczesnej technologii.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło na tych terenach i jakie były początki. Być może to efekt poszukiwań takiej rośliny, której uprawa się opłaca. Bo mamy tutaj dość słabe gleby – ani pszenica, ani rzepak tutaj się nie sprawdzą, nie przyniosą kokosów. A dynia radzi sobie doskonale i jest jedną z nielicznych upraw, która jest opłacalna. Średni plon na poziomie 800 kg z hektara – tak było w tym roku – jest naprawdę zadowalający. W ostatnim roku dynia stanowiła w tych dwóch gminach 40% wszystkich upraw. Myślę, że za rok będzie to 60%.
Wielbiciele kremowej zupy dyniowej niekoniecznie zdają sobie sprawę z tego, że i dawniej, i dzisiaj główny surowiec to nasiona dyni, potocznie – pestki pozyskiwane głównie na olej, a nie miąższ.
I na tym podobieństwa się w zasadzie kończą, bo pod względem technologii dawne czasy od współczesnych oddziela przepaść. Kiedy byłem dzieckiem, dynie zwoziło się z pola wozem. Wybieranie pestek – a wszystko robiło się wtedy ręcznie – nie miało końca. Trwało do późnej jesieni, mimo że do pomocy zjeżdżała cała rodzina. Dynie, trzymane w garażu czy stodole, były zimne, więc przed pracą smarowało się ręce denaturatem, żeby tak nie marzły. Potem trzeba było te pestki opłukać. W ruch szła pralka wirnikowa „Frania” i balie. Nasiona suszono na kuchniach i na piecach kaflowych. Później przy grzejnikach – pamiętam, że podłoga w każdym pokoju w domu zasłana były pestkami. Zachodu było naprawdę dużo, ale też „pieniądz” ze sprzedaży ziaren był konkretny. W latach 80 ubiegłego wieku, jak ktoś miał pięć worków pestek dyni, mógł czuć się zamożnym. Za pieniądze ze sprzedaży jednego worka można było np. urządzić święta dla całej rodziny.
W 1997 r. dynię zacząłem uprawiać i ja – takimi metodami, jak wcześniej. Było lżej, gdy pojawiły się wybieraczki głowicowe. Dynię rozcinało się na pół, przyciskało połówkę do specjalnego blatu, a urządzenie wybierało miąższ z pestkami. Nadal było to rozwiązanie bardzo prymitywne, ale przynajmniej ręce nie były tak narażone na przemrożenie. Ok. 2003 r. weszły pierwsze kombajny, na które dynie trzeba było jeszcze wrzucać ręcznie. Postawiłem niewielką suszarnię, dość prowizoryczną, ale wtedy to było coś, bo suszyło się szybciej i nie w domu. Korzystali z niej również rolnicy z sąsiedztwa.
Dynia też nie jest taka sama…
To spora rodzina, spopularyzowanych jest kilka gatunków, ale najczęściej uprawiane są dwa. Pierwszy to dynia zwyczajna, czyli tzw. biała albo łupinowa, z której miąższu gotujemy te przepyszne zupy krem i zupy mleczne. Dzisiaj sadzona głównie w przydomowych ogródkach, na własne potrzeby. Drugi to dynia oleista bezłupinowa. Króluje na naszych polach, a jej miąższ nieszczególnie nadaje się do przetwarzania; jest dość cienki i włóknisty. Przy zbiorach, których dzisiaj nie wyobrażamy sobie bez kombajnu, jej miąższ jest od razu siekany i rozrzucany po polu jako nawóz.
Oczywiście lat temu 40 nie było takich odmian jak dzisiaj. Nasze babcie sadziły dynie zwane białymi, które rodziły nasiona w łupinach. Miąższem karmiono zwierzęta.
Czym kieruje się Pan, wybierając odmianę?
Odmianom wczesnym, o cienkim miąższu i skórze, szkodzą jesienne chłody. Nie tyle wpływają na jakość nasion, co przyczyniają się do psucia się miąższu. Przy takiej technologii zbioru, jaką dyktuje sprzęt, czyli kombajn, tych miękkich dyń nie da się potem zebrać z pola. Odmianom później dojrzewającym przymrozki raczej nie szkodzą.
Tak naprawę to w doborze odmian plantatorzy uzależnieni są od rynku. Zwykle około lutego, marca, wiadomo już, jakie nasiona będą w sprzedaży. Natomiast dynia ze swoich nasion wschodzi bardzo słabo. Wydaje mi się, że powodem jest suszenie pestek w suszarniach w wysokiej temperaturze, która powoduje, że tracą one siłę kiełkowania. Żeby korzystać ze swoich nasion, trzeba by było zbierać i suszyć je tradycyjnie, tak jak dawniej.
Czy to uprawa, która wymaga dużych nakładów finansowych?
W porównaniu do rzepaku – na pewno tak. Drogie są nasiona i suszenie; ja wprawdzie mam swoją suszarnię, ale korzystam z innej, a za usługę trzeba zapłacić. Myślę, że koszt uprawy hektara to ok. 3,5 do 4 tys. zł inwestycji rocznie.
Czy dynia oleista to roślina wymagająca?
Potrzebuje gleby o unormowanej strukturze i o dobrym nawożeniu organicznym. Dobrze rośnie na ciepłych, próchniczych glebach, także na piachach – pod warunkiem że dostarczymy jej optymalny poziom makro- i mikroelementów, wody, zapewnimy optymalne pH glebie. Nawet na glebie piątej klasy, jeżeli jest – tak jak w tym roku – odpowiednia ilość opadów rozłożona w okresie wschodów i przed kwitnieniem, plony są zadowalające. Dynia jest bardzo delikatna i – jak mówię – lubi być zaopiekowana. A ponieważ ma dużą powierzchnię asymilacyjną części naziemnej, szczególnie liści, łatwo dostarczyć jej tą drogą składniki odżywcze, cukry czy biologiczne dodatki w formie np. aminokwasów.
Ile czasu w ciągu roku poświęca Pan na dynie?
Średnio jej okres wegetacyjny wynosi 150-160 dni. Siew zaczynamy na początku maja, ponieważ optymalna temperatura gleby do kiełkowania nasion to 8°C. Przy niższych zalegające nasiona podatne są na szkodniki, które zgryzają świeże kiełki – wtedy już jest, że tak powiem, po robocie i trzeba dynie wysiewać jeszcze raz. Najbezpieczniejsza pora, jak wypraktykowałem, to połowa maja i później. Odmiany wcześniej dojrzewające są gotowe do zbioru na przełomie września i października. Odmiany późniejsze – koniec października, początek listopada. Duży wybór odmian pozwala tak rozplanować siew i zbiory, żeby praca rozłożona była w czasie. Jest to bardzo wygodne, bo nie ma spiętrzenia zabiegów i zbiorów. Oczywiście z pomocą przychodzą nam dzisiaj maszyny, bez których nie mógłbym sobie pozwolić na obsadzenie dynią 18 ha pola. To sprzęt bardzo nowoczesny, o dużej wydajności. Sam opryskiwacz ma pojemność 3 tys. litrów i 21 m szerokości. Wystarczy, że przejedzie w jedną i w drugą stronę – to już jest kawał pola.
Czy dynie chorują? Wymagają oprysków profilaktycznych?
Występują choroby, podobne jak w uprawie ogórka, z tym że opieka fungicydami nie jest zalecana. Moim zdaniem, by zabezpieczyć dynie, wystarczy odpowiednio dawkować kwasy humusowe, czyli naturalne związki organiczne. Jeżeli ziemia jest zdrowa i napowietrzona, stosujemy odpowiedni płodozmian, a w okresie wegetacji podamy dolistnie odpowiednie bakterie i cukry, naprawdę nie wymaga chemicznych oprysków.
W 2023 r. otrzymał Pan wyróżnienie w konkursie „Rolnik z Lubelskiego”. W ciągu lat pracy wypracował Pan swoje metody wpływania na plony? Ma Pan swój przepis na dynię?
W większości sadzimy dynie oleiste, ale mam też odmianę deserową, której nasiona sprawdzają się np. jako dodatek do chleba, i muszę się pochwalić, że w tym roku bardzo mi się dynia deserowa udała. Pestki są bardzo chrupkie i smaczne. Wydaje mi się, że to zasługa odpowiedniej agrotechniki. Podawałem dużo kwasów humusowych z dodatkiem cukru i drożdży. Zrobiłem ok. pięciu takich zabiegów.
Jest szansa, że kupując w Siedlcach pestki dyni deserowej, trafię na te z gminy Sosnówka?
Niestety nie. Nasze eksportowane są na rynek austriacki. Austria jest, można powiedzieć, kolebką dyni bezłupinowej: słynie z uprawy dyni, jest przetwórczym potentatem dyni i głównym producentem materiału nasiennego. Ale dynie wyhodowane w Polsce Austriacy bardzo chwalą.
Dziękuję za rozmowę.
LI