Gra warta świeczki
Prezydent RP po wyprowadzeniu ciosu powalił na deski premiera Donalda Tuska, zaś leżący na nich prezes PiS właśnie usiłuje się podnieść i stanąć do dalszej walki. Wspólna inicjatywa głowy państwa i prezesa NBP na strzępy rozniosła rządową narrację głoszącą brak alternatywy dla unijnej pożyczki SAFE. Uśmiechniętym, którzy już zaczęli chłodzić szampana, zdawało się, że mają prezydenta w garści. Gdyby Karol Nawrocki podpisał ustawę, przez chwilę prorządowe media mówiłyby, że chłop zmądrzał, coś zrozumiał albo się przestraszył.
Najważniejsze jednak, że liberałowie dostaliby to, na czym tak im zależy – kolejny program ubezwłasnowolniający Polskę w relacjach z Komisją Europejską, mogący się przydać na wypadek wyborczej porażki w 2027 r. Gdyby nie podpisał – wówczas prorządowa medialno-komentatorska otulina rozpętałaby piekło, nazywając głowę państwa wetomatem, zdrajcą polskiego wojska, sługą Putina….
Tymczasem prezydent na kilka dni przed ostatecznym podjęciem decyzji wyszedł z tej pułapki z impetem, który zaskoczył nawet jego największych sympatyków. Dotychczas Karol Nawrocki, wetując ustawy przygotowane ewidentnie pod Rafała Trzaskowskiego, tłumaczył jedynie, dlaczego to zrobił oraz wysyłał alternatywne projekty, które uśmiechnięty marszałek sejmu natychmiast chował do uśmiechniętej zamrażarki. Plan „SAFE 0%” jest – jak zapowiedział prezydent – konkretną, polską, bezpieczną i suwerenną alternatywą finansowania ambitnego programu zbrojeniowego polskimi pieniędzmi. Alternatywą niewiążącą się z żadnymi odsetkami finansowymi i – co ważne – nie ma w tym projekcie mechanizmu warunkowości, czyli owego kagańca, który usiłuje nałożyć nam Bruksela.
Ruchem „SAFE 0%” prezydent nie tylko wrócił do gry, ale rozwalił system. W tym miejscu nie mam zamiaru rozstrzygać, który projekt SAFE jest lepszy. Ten promowany przez obecną władzę czy pisany w Pałacu Prezydenckim. Od tego są ekonomiści, bankowcy i eksperci. Ruch prezydenta sprawił natomiast, że od teraz to rząd musi tłumaczyć Polakom, dlaczego kredyt na 0% jest gorszy od tego na 3%. Swoim posunięciem prezydent spuścił uśmiechniętym tęgie lanie, a nawet wywołał w ich szeregach pewną niekontrolowaną czynność fizjologiczną i – przynajmniej gdy piszę ten felieton – dyskusja o kredycie wciąż toczy się pod dyktando głowy państwa.
Nieco gorzej sytuacja wygląda w największej partii opozycyjnej, której Jarosław Kaczyński ogłosił właśnie nazwisko przyszłego premiera. Konwencja PiS nie rozwaliła żadnego systemu. Wręcz przeciwnie, była kolejnym odcinkiem tragikomedii, z której – niczym ze zdartej płyty – dowiedzieliśmy się, że nie zmienia się kierownik pociągu, a partia jest wspaniała i nieomylna. Gdy tylko PiS ponownie zwycięży, Polska na nowo stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą, a kury zaczną znosić jajka z dwoma żółtkami w środku. Polityka PiS w czasie pandemii oraz na linii ukraińskiej jest nie do obrony. Ale nieustanne mantrowanie o tym staje się tylko i wyłącznie nieprowadzącym do niczego politycznym biciem piany. Pandemia dawno za nami, a Ukraina to temat, który nie jest obecnie najważniejszym z naszych problemów. Dziś kluczowym problemem jest odsunięcie od władzy uśmiechniętej ekipy sprzedającej i niszczącej Polskę. Czy Przemysław Czarnek namaszczony przez prezesa partii na frontmena zażegna wewnątrzpartyjne spory i zacznie proces jednoczenia prawicy? Jak śpiewał klasyk: czas pokaże. I choć sprawa nie jest prosta, Czarnek ma kilka cech, które pozwalają sprostać temu zadaniu. I może właśnie dlatego kierownik pociągu uznał, że ta gra jest warta świeczki i pomoże podnieść się jemu i jego ugrupowaniu z desek i stanąć do dalszej walki.
Leszek Sawicki