Zostali z opuszczonymi gaciami
Przyznam, że o 23-letnim polskim influencerze po raz pierwszy usłyszałem kilka dni temu, gdy zakończyła się trwająca nieprzerwanie przez 222 godziny (ponad 9 dni) akcja charytatywna, w trakcie której zebrano ponad 251 mln zł na pomoc dzieciom chorym na raka.
Przedłużone na kolejne dni przedsięwzięcie pozwoliło ostatecznie zdobyć dla fundacji blisko 283 mln zł. O bezprecedensowej akcji i spektakularnym sukcesie Polaka natychmiast stało się głośno niemal na całym świecie. W gazetach i na portalach internetowych pojawiły się duże tytuły o nowym bohaterze naszych czasów. Okrzyknięto go człowiekiem roku. Niektórzy chcą mu stawiać pomniki. Inni robią zeń świętego. Pojawiły się nawet petycje o przyznanie artyście Orderu Odrodzenia Polski.
Niewątpliwy sukces Łatwoganga i jego przyjaciół od razu został zestawiony z tegorocznym, wynoszącym niespełna 263,5 mln zł, rekordem WOŚP. Kiedy okazało się, że działająca od lat fundacja została zdetronizowana, pojawiało się mnóstwo komentarzy porównujących jej działalność z całkowicie spontaniczną akcją młodych ludzi. Najodważniejsi mówią wręcz o końcu Jerzego Owsiaka, gdyż współcześni twórcy internetowi całkowicie podważyli sens funkcjonowania jego orkiestry. Praktycznie bez żadnych kosztów, bez angażowania wojska, policji, straży pożarnej, spółek skarbu państwa, telewizji, ośrodków kultury, lokalnych samorządów oraz budowania ogromnych scen – tylko po to, by, jak w słynnej komedii Barei, zrobić protokół zniszczenia – zdołali w zaledwie kilka dni zebrać kwotę o parę milionów przewyższającą tegoroczną zbiórkę WOŚP. Jakby tego było mało, Łatwogang jest zupełnym przeciwieństwem człowieka pieszczotliwie nazywanego Jurkiem. Nie jest prezesem żadnej fundacji, nie biega po sądach, nie lansuje się w mediach i wręcz obsesyjnie odcina się od polityków. Wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy sprawiło, że Jerzy Owsiak i jego fundacja zaliczyli właśnie największą wizerunkową wtopę. Od kilku dni nie posiadają już monopolu na charytatywność. I – nie mając pomysłu, co z tym fantem zrobić – stoją przed uśmiechniętymi z opuszczonymi gaciami. Pieniądze można bowiem zbierać tanio, szybko, bez blichtru i angażowania tysięcy nieletnich wolontariuszy.
Czy to jednak definitywny koniec fałszywej legendy Owsiaka? W ostatnich latach pojawiło się wiele rys na wizerunku teflonowego filantropa. Pan Jurek bez wątpienia się zużył. Jednak WOŚP to ogromny, cykliczny biznes, z którego żyją nie tylko firmy i instytucje powiązane z rodziną „wielkiego dyrygenta”. To także wydarzenie, dzięki któremu mogą się lansować całe rzesze cynicznych artystów, celebrytów czy polityków. Prawdopodobnie prezes i jego fundacja będą zaliczać kolejne, nie tylko wizerunkowe, zjazdy. Ale takich biznesów nie zamyka się z dnia na dzień i zapewne cała polityczno-medialna machina zrobi wiele, by orkiestra grała do „końca świata i jeden dzień dłużej”. Poza tym dziś nie wiemy, czy akcja Piotra z Warszawy i jego przyjaciół zostanie powtórzona i czy w ogóle ów wyczyn jest możliwy do powtórzenia. Nie wiemy, jak zostaną ostatecznie rozdysponowane zdobyte środki. Wprawdzie ze strony fundacji Cancer Fighters padły deklaracje o pełnej transparentności i powstała specjalna strona internetowa, za pośrednictwem której można śledzić, dla kogo przeznaczane są pieniądze, ale jak będzie? Wreszcie nie mamy żadnej pewności, że była to akcja spontaniczna. Owsiak się niewątpliwie starzeje i wypala. Nie wykluczone zatem, że jest to jakaś kolejna operacja na narodzie mająca wykreować nowego idola. Na razie wszystko wygląda w porządku. Piotrowi za to, co zrobił, należy się szacunek. Jednak co dalej? Jak śpiewał inny artysta: „czas pokaże”.
Leszek Sawicki