Wielodzietność, choć piękna i inspirująca, nie zawsze jest
sielanką. Często bywa długą drogą pełną wyzwań, trudów,
przełamywania siebie i wieloletnim odkrywaniem Bożego zamysłu.
Świadectwo Basi i Tomka to szczere i jednocześnie pełne prostoty
wyznanie poruszające ważne kwestie, często przemilczane w
środowiskach katolickich małżeństw: wewnętrzny bunt przeciw
niespodziewanej ciąży, poronienie, antykoncepcja. To wszystko było
elementem ich rodzicielstwa. Zaistniało, by poprowadzić dużo dalej,
pokazać więcej, dać doświadczyć mocniej: że Pan Bóg chce ich
szczęścia i zbawienia. Czasem dopiero po latach okazuje się, że to,
od czego uciekaliśmy i czego się panicznie baliśmy, staje się naszym
szczęściem i spełnieniem. Wtedy zaczynamy dziękować Bogu, że On zna
nas lepiej niż my siebie... - Mam 38 lat i jestem magistrem
politologii. Pracowałam na stacji paliw, w kantorze, a ostatnio w
banku. Obecnie przebywam na urlopie macierzyńskim po narodzinach
naszego piątego dziecka - Uli - mówi Basia. Jej mąż Tomek ma 43 lata
i jest policjantem, małżeństwem są od 17 lat. Zawsze byli blisko
Kościoła. Poznali się na spotkaniach dla młodzieży Ruchu Światło-
Życie, służyli w parafii, byli animatorami.
Kiedy młodzi ludzie stają na ślubnym kobiercu, często wydaje im
się, że miłość, której doświadczają, jest tak mocna, iż może góry
przenosić. Tylko kto zdoła przewidzieć, co szykuje los?
Pewna młoda para podczas homilii ślubnej usłyszała: „Może wam się
wydawać, że wasza miłość osiąga wyżyny, jest prawie doskonała, ale
tak naprawdę dopiero raczkujecie. Dopiero w małżeństwie będziecie
się tej wzajemnej miłości uczyć dzięki sytuacjom, które zaistnieją w
waszej konkretnej historii.” Jednym z wyjątkowo poważnych
sprawdzianów w małżeństwie jest doświadczenie niepłodności. Marzenia
o dziecku albo nawet gromadce pociech są zabijane przez problem
zdrowotny, psychiczny, a często po prostu nie można znaleźć
medycznej przyczyny takiego biegu spraw. I zamiast dziewięciu
miesięcy ciąży, trzeba mierzyć się z miesiącami czy latami żalu,
oczekiwania, badań, tracenia i odbudowywania nadziei, lęków oraz
nieopisanego bólu. Zamiast dziecka rodzą się frustracja, bunt, gniew
na Boga, zniechęcenie małżonków i kłótnie o byle co. Tak bywa. Ale
bywa też inaczej: wszystkie trudne emocje przeplata modlitwa, silne
poczucie, że to doświadczenie jest elementem Bożego planu, lekcją
pokory. Wtedy silniejsza staje się więź męża i żony. A Bóg ma
przestrzeń, by działać cuda…
Asia i Rafał Rozmus mają pięć córek: Basię (10), Marysię (8,5),
Klarę (7), Sarę (3) i Martę (4 m-ce). Od siedmiu lat mieszkają w
Irlandii. Tam należą do wspólnoty Domowego Kościoła. Nie myślą o
sobie w kategorii niezwykłej, wielodzietnej rodziny.
Niejednokrotnie można usłyszeć ich radosne: „Przecież my mamy tylko
piątkę dzieci!”.
Wydaje mi się, że jest pewna różnica w postrzeganiu nas tutaj i w
Polsce - tłumaczy Asia. - W Irlandii model rodziny 2+3 to normalny
widok. 2+4 bywa postrzegane jako wpadka lub po prostu świadomy
wybór tej rodziny i jakoś akceptowane. Natomiast pięcioro dzieci to
już trochę niezwykła sytuacja. Dopiero od niedawna zaczęliśmy
doświadczać zdziwienia i podziwu ze strony innych ludzi - dodaje.
Dowodem na to są chociażby sytuacje z dnia codziennego, o których
mówią z uśmiechem. - Gdy spaceruję w miejscu publicznym z dwójką
lub jednym dzieckiem i ktoś zagaduje mnie o dzieci, a w trakcie
rozmowy okazuje się, że mam ich pięcioro, ludzie są mocno
zaskoczeni i dopytują kilka razy, czy to prawda - opowiada.
Połączone jest to z niedowierzaniem, zdziwieniem, ale bywa, że też
z zachwytem.
Monika i Marcin pobrali się, mając po 20 lat. Świat przed ludźmi
w tym wieku stoi otworem: dobre studia, pierwsza praca, podróże,
imprezy - słowem: kosztowanie życia! A w nich kwitło marzenie o
dziecięcym śmiechu, rodzicielstwie pełnym szacunku i miłości.
I dał Bóg, że tak się stało! W tym roku świętowali dziesiątą
rocznicę ślubu wraz ze swoimi synami: Ignacym, Antonim, Szymonem,
Józefem, Franciszkiem. Stefan, ich szósty syn, ma się narodzić w
lutym. O tym, jak wygląda życie w takiej gromadce, jak pięknie
można przeżywać codzienność i w niej odkrywać swoje powołanie,
możemy poczytać na facebookowym blogu „Manymum”. Monika przez wiele
lat prowadziła własną firmę produkującą pieluszki wielorazowe dla
dzieci. Pół roku temu zrezygnowała z tej działalności. Aktualnie
zajmuje się domem i dziećmi. Marcin pracuje jako programista. Od
dziewięciu lat należą do wspólnoty Domowego Kościoła, formując
siebie oraz posługując innym podczas rekolekcji dla rodzin. Tam,
prócz porządnej formacji serc i sumień, doświadczają wsparcia i
zrozumienia od innych rodzin, często również wielodzietnych. Ich
synowie uczęszczają do katolickich placówek oświatowych, najstarsi
dodatkowo należą do Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej.