Kiedy w 1983 r. na ekrany kin wchodził film Juliusz Machulskiego „Seksmisja”, dla zdecydowanej większości widzów był to obraz z kategorii komedia.
Dla jednych lepsza, dla innych zapewne gorsza, ale jednak komedia i przez sporą ilość lat następnych w komediowej szufladce film ten spokojnie spoczywał. Dosyć często pojawiał się w telewizyjnych przypominajkach i tak jest do dzisiaj. Od premiery upłynęło już ponad 40 lat, czyli… prawie pół wieku! I oto teraz okazuje się, że ta - jak ustaliliśmy dla jednych lepsza, dla innych gorsza, być może fantastyczno-naukowa, ale jednak komedia - zaczyna przeprowadzać się do zupełnie innej szufladki.
Dla jednych lepsza, dla innych zapewne gorsza, ale jednak komedia i przez sporą ilość lat następnych w komediowej szufladce film ten spokojnie spoczywał. Dosyć często pojawiał się w telewizyjnych przypominajkach i tak jest do dzisiaj. Od premiery upłynęło już ponad 40 lat, czyli… prawie pół wieku! I oto teraz okazuje się, że ta - jak ustaliliśmy dla jednych lepsza, dla innych gorsza, być może fantastyczno-naukowa, ale jednak komedia - zaczyna przeprowadzać się do zupełnie innej szufladki.
Wybory, wybory i… nie po wyborach
Wielka szkoda, że wspomniane powiedzenie ma dosyć ograniczoną uniwersalność i nie uda nam się zastosować go w innym przypadku, np. wyborczym. Próbę możemy rzecz jasna podjąć i mruknąć sobie pod nosem: wybory, wybory i po wyborach, ale mruknięcie to zostanie zaraz skutecznie zagłuszone powyborczym hałasem, które z ogromną i agresywną skutecznością zajmuje miejsce przedwyborczej ciszy. Już kiedyś pisaliśmy, że tak naprawdę wyborcza kampania trwa przecież permanentnie i czasu na oddech nie pozostawia zbyt wiele. A szkoda, bo trudno czasem ten powyborczo-przedwyborczy hałas znieść. I nie tyle ze względu na jego natężenie, co generowane treści.