Komentarze
Historia lubi się powtarzać

Historia lubi się powtarzać

W sobotę 24 stycznia w Kostrzynie nad Odrą odbyła się uroczystość przekazania fragmentu tablicy pamiątkowej ufundowanej ku czci księcia Fryderyka Hohenzollerna, późniejszego króla Prus Fryderyka II.

Upamiętnia ona jego pobyt w mieście w latach 1730-1732 (areszt z rozkazu ojca - Fryderyka I). Tablicę odnaleziono w 1993 r. podczas prac porządkowych prowadzonych na terenie ruin Starego Miasta. Zabytek został przekazany do zbiorów Muzeum Twierdzy Kostrzyn. Wydarzeniu nadano wysoką rangę, towarzyszyły mu wystrzały armatnie i oprawa rekonstrukcyjna. Nie byłoby może o co kruszyć kopii, gdyby nie jeden istotny szczegół.

Z punktu widzenia historii Polski Fryderyk II pozostaje postacią ocenianą jednoznacznie negatywnie. Był jednym z głównych inicjatorów I rozbioru Rzeczypospolitej w 1772 r., zaś jego polityka wobec Rzeczpospolitej Obojga Narodów miała charakter konsekwentnie wrogi. Był polakożercą w najpełniejszym tego słowa znaczeniu, nienawidzącym Polski i Polaków. Dlaczego zatem władze Kostrzyna z taką pompą upamiętniły go? Zbiorowa amnezja?

Kilka miesięcy temu mieszkańców Wrocławia zelektryzowała informacja, że Most Grunwaldzki po remoncie zmieni nazwę na Kaiserbruecke, czyli Most Cesarski. Wróci nań herb Hohenzollernów (tych od wynarodowiania i germanizowania Polaków). W tym samym czasie godło Orła Białego, zdobiące dotąd najpiękniejszą aulę Uniwersytetu Wrocławskiego – tzw. Aulę Leopoldyńską, zostało wyrzucone. Jego miejsce zajął portret – zgadniecie Państwo, kogo? – Fryderyka II. Tłumaczenie władz uczelni: konieczność przywrócenia pierwotnej materii zabytku. Analogicznie – kierując się podobną motywacją – rozprawiono się z napisem na Poczcie Gdańskiej: „wyparował” szyld w języku polskim, pojawiła się nazwa urzędu w języku niemieckim: „Postamt”.

Dużo tych „przypadków”.

Zupełnie „przypadkowo” debatom sejmowym dotyczącym przyjęcia ustawy wdrażającej unijny program SAFE (wybitnie sprzyjającej polityce niemieckiej i smycz służącą UE do trzymania nas za pysk) oraz dyskusji nt. wprowadzenia do polskiego ustawodawstwa ustawy o związkach partnerskich (w praktyce tylnymi drzwiami zrównującej z instytucją małżeństwa związki jednopłciowe) przysłuchiwał się ambasador Niemiec Miguel Berger. Uzasadniając swoją obecność, napisał na platformie X: „W Sejmie z innymi dyplomatami, aby okazać wsparcie dla Katarzyny Kotuli i projektu ustawy o «statusie osób najbliższych»”.

Poruszyło to wielu komentatorów. „Sejm obradujący pod okiem niemieckiego ambasadora? To jest obraz upadku Rzeczypospolitej zrozumiały dla każdego Polaka” – napisał Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris. Rzeczywiście, w przeszłości ambasadorowie Rosji i Prus nadzorowali już polskich posłów (nigdy się to dla nas dobrze nie kończyło): w czasach sejmu rozbiorowego (1773-1775) oraz sejmu grodzieńskiego (1793). Podczas pierwszego z nich, działając pod naciskiem Rosji, Prus i Austrii, ambasador rosyjski Otto Magnus von Stackelberg wymusił na posłach zatwierdzenie I rozbioru Polski. Obradom przewodził przekupiony przez Rosję Adam Poniński. Z kolei w 1793 r. ostatnie posiedzenie sejmu Rzeczypospolitej nadzorował Jakob Johann Sievers, ambasador rosyjski. Łamiąc opór posłów, wymusił ratyfikację II rozbioru Polski.

Historia lubi się powtarzać. Niemcy już nawet nie ukrywają, dlaczego pomogli wrócić do władzy Donaldowi Tuskowi. Obrzydliwe to .

Ks. Paweł Siedlanowski