16 lipca 2019 r. Imieniny obchodzą: Maria, Stefan, Eustachy

Pogoda: Siedlce

Numer 28
11-17 lipca 2019r.

menu

NEWS

20 lipca, o 12.00, odbędzie się ingres bp. Piotra Sawczuka do drohiczyńskiej katedry.

STRONA GŁÓWNA



Archiwum jedynek
Pobierz pełne wydanie
Dodatek Echo Leśne

Rozmowy

 
 

Rozmowy ECHA

9 maja 2019 r.

Póki trwa życie, jest nadzieja


fot. ARCHIWUM

O jakości życia, nadziei, sercu do pracy i leczeniu miłością mówi Anna Zalewska, psycholog, psychoonkolog w Hospicjum Elbląskim.

Zyskujemy większą świadomość, że nie ciało choruje, lecz człowiek w całej swej złożoności - w tym sfera psychiczna i duchowa. Od psyche zależy, jak człowiek przechodzi przez chorobę. Jeśli pojawia się depresja i zaczynamy ją leczyć - farmakologicznie, ale także zaczynamy terapeutycznie budować jakąś strategię radzenia sobie z sytuacją - następuje pewna reorganizacja, a to przekłada się na życie z chorobą, a czasem na wyleczenie. Ludzie w trakcie, ale i po chorobie nowotworowej pewne rzeczy sobie uświadamiają i żyją niejednokrotnie zupełnie inną jakością. W kryzysie się człowiek rozsypuje, ale potem na nowo buduje poprzez wartości. Mówimy wtedy o potraumatycznym wzroście.

Psychoonkologia to bardzo młoda dziedzina medycyny. Czym się zajmuje?

 

Psychologia wspólnie z medycyną mierzy się z wyzwaniem, jakim jest leczenie onkologiczne. Zajmuje się poprawą jakości życia chorego i jego rodziny. W praktyce oznacza to leczenie dolegliwości i uśmierzanie bólu, a także dostrzeganie potrzeb emocjonalnych, relacyjnych i duchowych, które wpływają na to, jak oceniamy jakość tego życia, które jest.

 

Pracuje Pani w hospicjum, czyli z pacjentami znajdującymi się w terminalnym stadium nieuleczalnej, najczęściej onkologicznej choroby. To miejsce często bywa nazywane umieralnią.

 

Niestety często przyjęło się tak mówić. A to szkodzi, budzi strach zamiast zachęcać, aby sięgnąć po pomoc. W hospicjach wychodzimy z założenia, że życie ma trwać do ostatniego momentu. Jak najpełniejsze, najgodniejsze, najlepszej jakości. Akceptujemy, że śmierć wpisuje się w nasze życie, ale póki trwa życie, jest nadzieja.

 

Brzmi to bardzo pięknie, ale doskonale wiemy, jak ludzie na hasło: „rak” reagują.

 

Na pewno jest to mrożąca krew w żyłach diagnoza. Ale proszę spojrzeć na Amazonki. Kobiety, które przeszły nowotwory piersi, cały proces leczenia i żyją pełnią życia. Są silną, wspierającą się grupą. Zachorowanie nie oznacza wyroku śmierci. Mamy właśnie pod opieką panią, która przeszła nowotwór złośliwy dna jamy ustnej, usunięto jej dolną część żuchwy. Leczenie trwa już ponad dwa lata, pacjentka została wyleczona, chirurdzy robią teraz cuda z rekonstrukcjami. Choć ma to swoją cenę.

Hospicjum ma za zadanie leczyć dolegliwości bólowe, a tego boimy się najbardziej. Dba o jakość życia pacjentów. W naszą doczesność wpisana jest pewność niepewności i zdarza się - wcale nie tak rzadko - że pod wpływem różnych działań medycznych, psychologicznych, duchowych, fizjoterapeutycznych stan zdrowia się poprawia i można życie przeżywać naprawdę pięknie i dobrze. Cudów nie oferujemy, choć się zdarzają. Tyle że nikt nie da nam gwarancji na życie.

 

Powstanie psychoonkologii mogłoby wskazywać, że medycyna zajmuje się bardziej całościowo człowiekiem, bardziej też przejmuje się sferą ducha.

 

Zyskujemy większą świadomość, że nie ciało choruje, lecz człowiek w całej swej złożoności - w tym sfera psychiczna i duchowa. Od psyche zależy, jak człowiek przechodzi przez chorobę.

Jeśli pojawia się depresja i zaczynamy ją leczyć - farmakologicznie, ale także zaczynamy terapeutycznie budować jakąś strategię radzenia sobie z sytuacją - następuje pewna reorganizacja, a to przekłada się na życie z chorobą, a czasem na wyleczenie. Ludzie w trakcie, ale i po chorobie nowotworowej pewne rzeczy sobie uświadamiają i żyją niejednokrotnie zupełnie inną jakością. W kryzysie się człowiek rozsypuje, ale potem na nowo buduje poprzez wartości. Mówimy wtedy o potraumatycznym wzroście.

 

Jak psychoonkolog wspiera chorego?

 

Towarzyszeniem. Wsparciem emocjonalnym jest rozmowa, bycie w relacji, mierzenie się z trudną sytuacją przez nazywanie rzeczy po imieniu, przez rozpoznawanie tego, co ważne i jak o to można zadbać. Pracujemy z rodzinami, wspólnie, aby lepiej się mogli zrozumieć, usłyszeć się w tych trudnościach. Prowadzimy spotkania dla pacjentów - i to jest bardzo ważne. U nas przyjęła się taka tradycja czwartków. Przyjeżdżają pacjenci z domu i z oddziału, są rodziny i przyjaciele, wolontariusze - to są takie spotkania, jak u cioci na imieninach - jest swojsko. Czasem z przedstawieniem przyjeżdżają do nas przedszkolaki albo młodzież. Prowadzimy terapię zajęciową, latem grillujemy. Jest czas na opowieści, a czasem na mocne dysputy. To jest czas spotkania - bardzo ważny czynnik w przekraczaniu osamotnienia, odzyskiwaniu poczucia własnej wartości.

 

Problem osamotnienia ludzi po diagnozie wynika chyba też z tego, że nawet ich bliscy nie bardzo wiedzą, jak się wobec chorego zachować.

 

Czasem zapada po diagnozie takie milczenie - ciężkie od słów nie do wypowiedzenia lub od banalnych. Myślę, że najlepsze, co można, to mówić zgodnie z sobą, na tu i teraz. Jeśli jesteśmy zakłopotani, nie wiemy, co powiedzieć, to też jest dobrze to wypowiedzieć. Bo taka postawa spuszcza z nas trochę ciśnienia, że nie trzeba silić się na wielkie słowa. Warto postawić na autentyczność.

 

Jeśli choroba jest zaawansowana, rokowania nieszczególne, czy należy powiedzieć to pacjentowi? Są czasem takie sytuacje, że rodzina wie, a pacjent nie jest poinformowany.

 

To zawsze zależy od kondycji pacjenta, od tego, czy chce i ile może przyjąć. Zdarza się, że to nie sam chory się boi, tylko rodzina chce go ochronić, a, niestety, przez to pogłębia się niezrozumienie i udawanie przed sobą nawzajem. Aż w końcu ktoś spróbuje sprawdzić grunt i się spotkają. Bywa też tak, że chorzy mają o sobie samym takie przekonanie, że są słabi, nie chcą wiedzieć. Jeśli pacjent dostaje wypis ze szpitala, to na nim jest diagnoza. I albo chce przeczytać, albo nie chce. To też jest sygnał. Czasem to pewien sposób oddania odpowiedzialności, jakiejś decyzyjności. I znajduje się wtedy w rodzinie ktoś, kto bierze to na siebie.

Z drugiej strony - każdy czuje, co z jego ciałem się dzieje. Czuje, że chudnie, że wyniszcza się jego organizm, że słabnie, że boli. Od lekarzy zależy, jak przeprowadzą takie rozmowy. Dobra praktyka mówi, żeby pytać delikatnie i sprawdzać, ile pacjent już sam wywnioskował, ile chce wiedzieć. Mądre powiedzenie głosi „że prawdę dozuje się tak jak lekarstwo.”

 

Czy hospicja domowe to lepsza forma opieki?

 

To jest inna forma opieki, bardzo dobrze się sprawdza, kiedy rodzina chce i ma gotowość podjęcia się opieki w domu. A potrzebuje nas, aby się tego nauczyć, bo z początku w tej chorobie czuje się zagubiona, nieporadna. Dużo rodzin ceni sobie opiekę domową - za wsparcie, za wspólne zadbanie o chorego, a w trudnościach jest w pogotowiu. Dom jest naturalnym środowiskiem, miejscem bezpieczeństwa i komfortu; wspaniale, jeśli można w nim żyć, a także odejść. Ale o to trzeba zadbać.

Zdarza się, że przy tej opiece narastają w rodzinie napięcia, nieporozumienia i bezsilność, chory ma poczucie, że jest ciężarem dla wszystkich, że lepiej, żeby go nie było, że śmierć jest najlepszym rozwiązaniem. Niekiedy w warunkach domowych nie sposób opanować dolegliwości i wtedy opieka stacjonarna staje się niezbędna. Okazuje się, że kiedy znika obciążenie związane z opieką, to i relacje z rodziną stają się zdecydowanie lepsze. Nie ma frustracji, nie ma rozczarowań. Wręcz przeciwnie - jest troska, jest lekkość, jest swoboda bycia razem.

 

Skąd bierze Pani siły do tak trudnej pracy?

 

Z radości, jaką obdarzają mnie pacjenci. Z nadziei różnych. Gdyby nie te nadzieje i przekonanie, że to ma głęboki sens, to byłoby trudno. Myślę, że my się trochę z tymi trudnościami w czasie oswajamy - z ogromem cierpienia, a zarazem, że nasza empatia i wrażliwość przeradzają się w taką energię i gotowość do działania dla człowieka. A potem słyszymy od chorych, że „z piekła trafili do nieba” i „tu się leczy miłością”.

 

Jest ktoś, kto pomaga Pani się z tym uporać?

 

Tak, mam superwizorkę, której mogę opowiedzieć o tym, z czym mi trudno, o relacjach z moimi pacjentami, o tym, co się z nimi dzieje - a przez to we mnie. To bardzo odnawia siły i porządkuje.

Bardzo pomocne są też grupy balintowskie, w których pracuje się nad emocjami własnymi i odczuciami chorych. To bardzo poszerza horyzonty i daje poczucie zregenerowania sił emocjonalnych. Pozwala też skonfrontować się z możliwościami i ograniczonością działań, z granicami naszej odpowiedzialności.

Na początku mojej pracy pomagali mi też pacjenci, którzy uczyli mnie, mówili wprost, że śmierć ich nie przeraża, że docenili ten czas, który mają. Że postrzegają śmierć jako pewne uwolnienie.

 

A jak Pani reaguje na śmierć swoich pacjentów? Bądź co bądź ludzi, z którymi była Pani blisko?

 

Jak myślę o tych pacjentach, którym towarzyszyłam do śmierci, to mam takie poczucie, że ta śmierć, po czasie cierpienia, przynosiła ulgę. Jest to taki czas, że ja także na swój sposób się z nimi żegnam. Czasem myślałam, że to za wcześnie albo niespodziewanie. I nauczyłam się żyć z niepewnością i doceniać to, co było.

 

Nie myślała Pani, żeby uciec z tej pracy?

 

Jeśli po pierwszym roku nie uciekłam, to chyba dezercja mi nie grozi. Nie mam w planach ucieczki, choć oczywiście biorę pod uwagę, że wypalenie grozi każdemu i wtedy trzeba odejść. Czyli tylko wtedy kiedy stracę do tego serce.

 

Dziękuję za rozmowę.

Anna Wolańska

Powrót

STRONA GŁÓWNA



Archiwum jedynek
Pobierz pełne wydanie
Dodatek Echo Leśne

Aktualności

Więcej artykułów z tej kategorii »

 
 

15 lipca 2019 r.

Jubileuszowe świętowanie
27 lipca odbędą się jubileuszowe, 50 Dni Sławatycz. więcej »
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

FOTOGALERIA

Siedlce dla Jezusa


W radosnej atmosferze uwielbienia blasku chwały Boga przebiegały koncerty i spotkania uwielbieniowy organizowane w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, 20 czerwca, w wielu miejscowościach naszego regionu. [fot. MK]

FOTOGALERIA

Diecezjalny Dzień Chorego


2 lipca w kodeńskim sanktuarium świętowano odpust ku czci Matki Bożej Kodeńskiej. Tradycyjnie został on połączony z Diecezjalnym Dniem Chorego. Centralnym punktem obchodów była suma odpustowa, której przewodniczył bp Kazimierz Gurda. Po Mszy św. ordynariusza udzielił zgromadzonym błogosławieństwa lourdzkiego. Ostatnim punktem było poświecenie nowej figury Matki Niepokalanej. Została ona umieszczona przed klasztorem ojców oblatów. [fot. AWAW]

PATRONAT "ECHO"


XXVII Ekumeniczna Piesza Pielgrzymka
16 sierpnia pielgrzymi z całej Polski wyruszą z białostockiej katedry do Ostrej Bramy w Wilnie.
więcej »
Słoneczne lato
28 lipca na rynku w centrum miasta Mordy odbędzie się jubileuszowa, 20 edycja festynu „Słoneczne lato”.
więcej »
Dla każdego
Atrakcje dla starszych i młodszych oraz moc zabawy - tak zapowiadają się tegoroczne Dni Łosic. Impreza odbędzie się w dniach 19-21 lipca.
więcej »
Hańsk pszczelarstwem stoi
Wójt gminy Hańsk, Gminny Ośrodek Kultury w Hańsku, Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Hańskiej, Stowarzyszenie Pszczelarzy Lubelskich w Lublinie, Nadbużański Związek Pszczelarzy w Chełmie zapraszają na XV Festyn „Dzień Pszczelarza” poświęcony pamięci ks. Jana Dolinowskiego Odbędzie się on w niedzielę 21 lipca.
więcej »
 

POLECAMY


By pamięć trwała
Trudno o przykład większego męstwa i poświęcenia niż obrona Lwowa w latach 1918-1919. Kiedy „wielka wojna” dobiegła końca, mieszkańcy tego pięknego miasta w dzień Wszystkich Świętych, 1 listopada 1918 r., wyszli rankiem na ulice.
więcej »
 

SONDA

 

I znowu wakacje...

to czas wypoczynku i ładowania akumulatorów

spędzam je w ruchu - kocham sport!

planuję wyjazd na własną rękę - nie ufam biurom podróży

nie lubię wakacji - nudzę się latem

czas jak każdy inny



LITURGIA SŁOWA


Wtorek
Czytania:
;
Ewangelia:


Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

PROMOCJA

 

 
statystyka

NASI PARTNERZY

Copyright 2008 Echo Katolickie

Realizacja KREATOR