KSM wchodzi w krew
Pani Olu, jak wyglądała Pani droga do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży?
Kiedy w parafii katedralnej, do której należę, zawiązywał się oddział - za sprawą ówczesnego proboszcza, a dzisiaj biskupa Grzegorza Suchodolskiego i ks. Tomasza Koprianiuka - wstąpiłam do niego, zupełnie nie wiedząc, co mnie tam czeka. Szybko zrozumiałam, że to miejsce dla mnie, bo umocni mnie do trwania przy wartościach chrześcijańskich. Przeszłam szkolenie pierwszego stopnia, potem drugiego.
Kiedy nasz kolega, który był w oddziale sekretarzem, wstąpił do zakonu jezuitów, zastąpiłam go na tym stanowisku, potem płynnie przeszłam do funkcji zastępcy prezesa w zarządzie diecezjalnym, a dwa lata temu, trochę niepodziewanie – prezesa. Stało się to na miesiąc przed zjazdem diecezjalnym KSM, skupieniem kandydatów przed przyrzeczeniem i wyborami zarządu. Kompletnie nie wiedziałam, jak się zabrać za przygotowania. Ale dałam radę.
Prezes – brzmi dobrze. Ale niesie ze sobą ogrom obowiązków i ciężar odpowiedzialności – a mam przed sobą filigranową, delikatną i wrażliwą osobę…
Zarządzanie na poziomie diecezjalnym jest bardzo wymagające. Wiąże się z organizacją takich wydarzeń, jak Hosanna Festival, który ma rangę imprezy ogólnopolskiej. Zmusza do prowadzenia dokumentacji, także finansowej, co łatwe nie jest, ogromnej dyscypliny logistycznej i organizacyjnej. Tak naprawdę przygotowała do tego każda z funkcji, które piastowałam wcześniej. Nie mówiąc o tym, że umiejętności, które zdobyłam, wykorzystałam też w życiu. Np. będąc sekretarzem, nauczyłam się robić dobre notatki, co przydało mi się na studiach. ...
Monika Lipińska