Miłość na miarę brylantu
Marianna i Kazimierz Domańscy z Garwolina są razem od 75 lat i wiedzą, że prawdziwa miłość nie przemija, tylko zmienia swoją twarz. Ich wspólna droga to opowieść o pracy, wierze i wytrwałości wtedy, gdy los wystawiał ich na najcięższe próby. Razem mają 190 lat. On - 96, ona - 94. I wciąż zaczynają dzień od rozmowy. - Jak on śpi, to ja się denerwuję. „Wstawaj” - mówię, bo nie mam z kim rozmawiać - opowiada z uśmiechem pani Marianna. - Gdy wyjdę do sklepu i dłużej mnie nie ma, żona płacze, że coś mi się stało - dodaje pan Kazimierz.
Po trzech czwartych wieku razem ich miłość nie ma już w sobie młodzieńczej burzy. Dziś wyraża się w cichym czuwaniu, w modlitwie szeptanej obok siebie i w codziennej trosce o to, by żadne z nich nie musiało zostać samo.
Od tańca do przysięgi
Był 1949 r. Rębków, zabawa taneczna, muzyka i młodzi ludzie, którzy dopiero budowali swoje życie w powojennej Polsce. – Poznaliśmy się właśnie na zabawie – wspomina pani Marianna.
Chodzili ze sobą rok. – Byłem sierotą. Chciałem mieć swój dom, rodzinę, dlatego wcześniej się ożeniłem – tłumaczy K. Domański.
Po ślubie zamieszkali w wynajmowanym mieszkaniu przy ul. Senatorskiej w Garwolinie. Tam zaczęło się ich wspólne dorosłe życie.
W 1951 r. urodził się pierwszy syn Andrzej. Potem kolejne dzieci – w sumie pięcioro. Dwoje zmarło. To – jak podkreślają małżonkowie – cios, po którym człowiek już nigdy nie jest taki sam.
Pani Marianna pracowała w banku, ale gdy rodzina zaczęła się powiększać, zajęła się domem. Pan Kazimierz prowadził zakład, brał dodatkowe zajęcia, wracał późno. Bywało, że nawet po 15 godzinach dziennie. – Urlopów nie brałem. Człowiek tak był wychowany, że czuł, iż trzeba jak najwięcej pracować i pomagać – mówi.
Nie tylko dla siebie
Jednak życie K. Domańskiego nie koncentrowało się wyłącznie wokół własnego domu. Przez 36 lat prowadził punkt charytatywny przy garwolińskiej parafii pw. Przemienienia Pańskiego. Pomagał ubogim, często dokładając z własnej kieszeni. Angażował się w remonty świątyni, działał społecznie.
– Może dlatego, że byłem sierotą, miałem w sobie taką potrzebę pomagania – przyznaje. Nie poprzestawał jednak na doraźnym wsparciu. – Był taki chłopak, też sierota. Chciał iść do seminarium, ale nie miał warunków. Wziąłem go na siebie i przygotowałem – opowiada. Praca i służba innym stały się życiową misją pana Kazimierza.
Choć Marianna i Kazimierz mieszkają dziś tylko we dwoje, nigdy nie czują się samotni. Ogromną rolę w ich codzienności odgrywają wnuki, które pomagają im w najprostszych, a zarazem najważniejszych sprawach. – Żona Andrzeja i ich syn regularnie dostarczają jedzenie i wspierają w codziennych obowiązkach. Druga córka ma syna, który chętnie pomaga przy drobnych naprawach w domu – zaznacza pani Marianna, przyznając, że ta rodzinna pomoc to dla nich coś więcej niż tylko wsparcie praktyczne – to poczucie, że nie są sami, że mają bliskich, którzy się o nich troszczą.
Mają 12 wnuków i 13 prawnuków. Najstarszy z nich jest lekarzem w Warszawie, ale niemal codziennie odwiedza dziadków. To dla nich największa radość – widzieć, że wartości, które przez całe życie przekazywali młodym, przetrwały.
Najtrudniejsza próba
14 lat temu przeżyli dramat, który mógł zakończyć się tragedią. Do ich drzwi zapukał mężczyzna, pokazując policyjną odznakę. – Kiedy otworzyłam, przewrócił mnie w korytarzu, związał ręce i nogi – wyznaje pani Marianna. – Mnie rzucił na podłogę, bił, przyłożył nóż do gardła – dodaje pan Kazimierz.
Napastnicy zabrali ponad 200 tys. zł – oszczędności całego życia. – Krzyknęłam: „Kazik, powiedz, gdzie są pieniądze”. Wolałam, żeby zabrał wszystko, co mieliśmy, niż zabił męża – mówi M. Domańska, dodając, że wprawdzie stracili dorobek, ale nie stracili siebie.
Duchowy fundament
Na pytanie, jaką radę daliby młodszym parom, odpowiadają bez wahania: „żeby się szanowali”, „żeby wybaczali, nie pozwalając, aby nieporozumienia trwały zbyt długo”. Choć sami jubilaci przyznają, że w ich życiu też zdarzały się tzw. ciche dni. – Dwa, trzy dni człowiek się boczył, ale wiara nas trzymała – mówią małżonkowie, dodając, że wspólna modlitwa od zawsze była stałym elementem ich życia.
K. Domański od ponad pół wieku należy do kółka różańcowego – wspólnoty modlitewnej, która daje siłę i poczucie przynależności. – Od 56 lat jestem w jednym kółku – mówi z dumą. Ponad trzy dekady temu wraz z 17 mieszkańcami Garwolina założył lokalny oddział Akcji Katolickiej. Była to grupa ludzi, którzy nie tylko modlili się, ale też podejmowali działania na rzecz parafii i społeczności. Pan Kazimierz aktywnie uczestniczył w organizacji remontów kościoła, odnawianiu ołtarzy i innych pracach na rzecz parafii. Wszystko robił z sercem i oddaniem, często po godzinach swojej ciężkiej pracy. Wiara i służba były dla niego nierozerwalne – dawały sens trudom dnia codziennego i wzmacniały w chwilach próby.
Teraz jak w narzeczeństwie
Dziś oboje zmagają się z problemami zdrowotnymi. Pani Marianna po upadku ma niesprawną rękę, porusza się o lasce. Pan Kazimierz ma kłopoty z płucami, szybko się męczy. A jednak to właśnie teraz ich więź widać najmocniej. – Codziennie żonę myję, przygotowuję śniadanie – mówi spokojnie. – Dokąd żyjemy we dwoje, jedno drugiemu pomoże – podkreślają.
Czy po 75 latach wciąż jest między nimi miłość? – Oczywiście, tylko inna niż kiedyś – dojrzalsza. To przywiązanie, troska, wspólna modlitwa.
I jeszcze jedno zdanie, które brzmi jak puenta ich wspólnego życia. – Zostaliśmy we dwoje, to teraz jest jak w narzeczeństwie – dopowiadają z błyskiem w oku.
Po 75 latach nie potrzeba wielkich słów ani gestów. Miłość wyraża się w codzienności – w porannym „dzień dobry” i wieczornym „dobranoc”, w podanym drżącą ręką kubku herbaty, w cichej obecności i pewności, że obok jest ktoś, kto trwa.
WALDEMAR JAROŃ