My, nieposłuszne, Panie, dzieci Twoje
Pomyślałam, że skoro tak, to może spróbuję - w cmentarnej atmosferze listopada - odnaleźć nas, współczesnych, w jego powstałych po śmierci dwuipółetniej Orszuli „Trenach”. Przez dzielący nas od Kochanowskiego szmat czasu zmienił się język, zmienił się wystrój świata. Czy zmieniły się ludzkie uczucia? A skoro jesteśmy przy „Trenach” - czy uległo ewolucji nasze przeżywanie cierpienia?
Gdy już k’nam bieży
„W życiu pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki” – wymądrzamy się w towarzyskich rozmowach. Albo żartujemy, że „śmierć i żona od Boga naznaczona”. Można by pomyśleć, że bez mrugnięcia okiem na taki stan rzeczy – nieuchronność i zdarzenia losu – się zgadzamy. Ostrzeżenia przed igraniem ze śmiercią zbywamy żartem, że „na coś przecież trzeba będzie umrzeć”. Ale to tylko teoria. Z praktyką jest znacznie gorzej. Te same teksty, którymi tak radośnie szafowaliśmy w tłustych latach, w obliczu nieszczęścia nabierają zupełnie innego znaczenia, wchodzą w inny wymiar. Śmierć bliskiej osoby albo oznaki, że my sami zdecydowanie zmierzamy do kresu swojej drogi, wyraźnie zmieniają nasze wobec niej nastawienie. Kochanowski pięć wieków temu dotarł do – podobnej jak powyższa – konkluzji, że „łacno pisać się z rozumy,/ Kiedy po woli świat mamy, a głowa/ Człowieku zdrowa”. Że „póki wełny skąpej prządce zstaje,/ Śmierć nam za jaje”. Że „śmierć dopiero wtenczas nam należy,/ Gdy już k’nam bieży”. ...
Anna Wolańska