Nadzieja, którą odnajduję w Kościele
Na moje pytanie: „Kiedy startujecie z pracami?”, oboje popatrzyli na siebie znacząco i zamilkli. Było oczywiste, że mają problem, który ich trapi. Miasto kładło się spać, a oni opowiadali nam swoją historię: że zamiast remontu kupili inny dom kilka ulic dalej; że zamiast radości… nie śpią nocami, ponieważ wpłacili dużą zaliczkę, a człowiek mieszkający w tym domu nie ma zamiaru się z niego wyprowadzić.
Myśleli o sądzie, policji itp. Byli związani umową z bankiem, a nie mogli wejść do domu, ponieważ był w nim starszy pan – lokator i były już właściciel. Co z nim zrobią? Przecież nie wyrzucą go na bruk? Byli wystraszeni wizją walki o coś, co stało się już ich własnością.
Słuchaliśmy ich, próbując pocieszyć, ale im chyba najbardziej pomógł fakt, że podzielili się z nami swoim problemem. Noc przykrywała nasze twarze, widzieliśmy tylko swoje cienie, a oni w tych ciężkich chwilach mieli w sobie ogromną wiarę, o której mówili – wiarę, która nie pozwalała im stracić nadziei. Ich nadzieja miała swoje źródło w Kościele.
Odjeżdżając, zakręciłam jeszcze kółko wokół nich i rzuciłam: „Nie bójcie się… Nie bójcie się”.
Po chwili dotarło do mnie to, co powiedziałam. Czułam się, jakbym to nie ja wypowiedziała te słowa, że to nie był ani mój ton, ani powaga, ani tym bardziej otucha, która popłynęła z moich ust do znajomych. To była tak pewna deklaracja, że jest nadzieja, iż nie należy się bać, że samą mnie zaskoczyły te słowa… Tylko że… te słowa nie były ode mnie. One nawet nie były dla nich. Ale to zrozumiałam dopiero po pewnym czasie…
***
Jechaliśmy z mężem w stronę domu, a w mojej głowie pojawił się dziwny strach. ...