Komentarze
Nie dla impulsywnych

Nie dla impulsywnych

Pod koniec stycznia Rada Miasta Siedlce odrzuciła wniosek „w sprawie podjęcia działań zmierzających do ograniczenia nocnej sprzedaży wyrobów alkoholowych”.

Uznano, że spowodowałoby to za dużo bałaganu. Koncesje obowiązują na kilka lat i nagłe ich skracanie mogłoby się wiązać z roszczeniami stratnych przedsiębiorców. Zwiększenie odległości od obiektów chronionych mogłoby wykosić małe sklepiki, które i tak ledwo zipią w starciu z sieciowymi marketami.

A zapytana o opinię policja nie była w stanie określić, czy pacyfikowane przez nią pijusy zaopatrywały się w ostatniej chwili czy awanturowały się po zatankowaniu tego, co kupiły wcześniej.

Petycję szurnięto więc do kosza. Zastanawiam się, czy niezbyt łatwo i czy nie warto by tej dyskusji odbyć kiedyś raz jeszcze. Tylko dać sobie na nią więcej czasu: z badaniami opinii publicznej i z większym gronem zaproszonych fachowców.

Piszę to, nie będąc abstynentem. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko znać swoje możliwości i zachować polecany przez filozofów i lekarzy umiar. Problem w tym, że nie wszyscy to potrafią. Specjaliści ze szpitali i przychodni psychiatrycznych powiadają, że nie mają kiedy zajmować się zgnębionymi przez depresje i rówieśniczą przemoc nastolatkami, bo większość czasu zabierają im typy wypalające sobie mózgi gorzałą. Leczenie zmasakrowanych wątrób, poalkoholowych nadciśnień i udarów kosztuje krocie. Tak samo składanie rannych z wypadków samochodowych spowodowanych przez tradycję tzw. strzemiennego. O zadumę przyprawia myśl o paluchach pozgniatanych przez maszyny ludziom, którzy musieli sobie walnąć „małpkę” w drodze do pracy. I ile zębów poleciało przez to, że ktoś po takiej „małpce” zrobił się zbyt wyrywny do bitki.

Pamiętam, oczywiście, czym skończyła się próba urzędowego przerabiania ludzi na aniołów w Stanach Zjednoczonych 100 lat temu. Rozkwitem czarnego rynku i obsługującej go mafii, nie tędy więc droga. Ale też nikt mi nie wmówi, że pochodne C2H5OH muszą być pod ręką na każdym kroku i o każdej porze. Kiedy kilka lat temu pojechałem ze znajomymi do Wilna, pierwszego dnia, pod koniec wieczornego spaceru, zahaczyliśmy o sklep z myślą: „może by jakieś wino na wieczór”. A tu niespodzianka: na regałach zawieszka, że o tej porze już się tego asortymentu nie sprzedaje. Pierwsza reakcja: „tfu, barbarzyński kraj”. Ale potem po prostu wzruszyliśmy ramionami. Co kraj, to obyczaj, można z tym żyć. Tego wieczoru skończyło się na soku, potem po prostu planowaliśmy zakupy i tyle.

A zatem: chcesz się napić? Proszę bardzo. Jeśli zastanowisz się, ile, kiedy i z kim – na pewno zdążysz kupić wcześniej. Ale jeśli kierujesz się w tych sprawach nagłym impulsem, to nie powinieneś mieć takiego towaru podstawionego pod nos. Bo następny impuls każe ci wsiąść po pijaku za kółko albo wyskoczyć do kogoś z pięściami – i potem jako społeczeństwo będziemy opłacać skutki z naszych podatków. To nie są problemy wyssane z palca. I warto jeszcze kiedyś o nich w samorządzie poważnie porozmawiać.

Adam Białczak