Nie dla impulsywnych
Uznano, że spowodowałoby to za dużo bałaganu. Koncesje obowiązują na kilka lat i nagłe ich skracanie mogłoby się wiązać z roszczeniami stratnych przedsiębiorców. Zwiększenie odległości od obiektów chronionych mogłoby wykosić małe sklepiki, które i tak ledwo zipią w starciu z sieciowymi marketami.
A zapytana o opinię policja nie była w stanie określić, czy pacyfikowane przez nią pijusy zaopatrywały się w ostatniej chwili czy awanturowały się po zatankowaniu tego, co kupiły wcześniej.
Petycję szurnięto więc do kosza. Zastanawiam się, czy niezbyt łatwo i czy nie warto by tej dyskusji odbyć kiedyś raz jeszcze. Tylko dać sobie na nią więcej czasu: z badaniami opinii publicznej i z większym gronem zaproszonych fachowców.
Piszę to, nie będąc abstynentem. Uważam, że wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko znać swoje możliwości i zachować polecany przez filozofów i lekarzy umiar. Problem w tym, że nie wszyscy to potrafią. Specjaliści ze szpitali i przychodni psychiatrycznych powiadają, że nie mają kiedy zajmować się zgnębionymi przez depresje i rówieśniczą przemoc nastolatkami, bo większość czasu zabierają im typy wypalające sobie mózgi gorzałą. Leczenie zmasakrowanych wątrób, poalkoholowych nadciśnień i udarów kosztuje krocie. Tak samo składanie rannych z wypadków samochodowych spowodowanych przez tradycję tzw. strzemiennego. O zadumę przyprawia myśl o paluchach pozgniatanych przez maszyny ludziom, którzy musieli sobie walnąć „małpkę” w drodze do pracy. I ile zębów poleciało przez to, że ktoś po takiej „małpce” zrobił się zbyt wyrywny do bitki.
Pamiętam, oczywiście, czym skończyła się próba urzędowego przerabiania ludzi na aniołów w Stanach Zjednoczonych 100 lat temu. Rozkwitem czarnego rynku i obsługującej go mafii, nie tędy więc droga. Ale też nikt mi nie wmówi, że pochodne C2H5OH muszą być pod ręką na każdym kroku i o każdej porze. Kiedy kilka lat temu pojechałem ze znajomymi do Wilna, pierwszego dnia, pod koniec wieczornego spaceru, zahaczyliśmy o sklep z myślą: „może by jakieś wino na wieczór”. A tu niespodzianka: na regałach zawieszka, że o tej porze już się tego asortymentu nie sprzedaje. Pierwsza reakcja: „tfu, barbarzyński kraj”. Ale potem po prostu wzruszyliśmy ramionami. Co kraj, to obyczaj, można z tym żyć. Tego wieczoru skończyło się na soku, potem po prostu planowaliśmy zakupy i tyle.
A zatem: chcesz się napić? Proszę bardzo. Jeśli zastanowisz się, ile, kiedy i z kim – na pewno zdążysz kupić wcześniej. Ale jeśli kierujesz się w tych sprawach nagłym impulsem, to nie powinieneś mieć takiego towaru podstawionego pod nos. Bo następny impuls każe ci wsiąść po pijaku za kółko albo wyskoczyć do kogoś z pięściami – i potem jako społeczeństwo będziemy opłacać skutki z naszych podatków. To nie są problemy wyssane z palca. I warto jeszcze kiedyś o nich w samorządzie poważnie porozmawiać.
Adam Białczak