Z operą po drodze
Odbyło się ono w ramach cyklu „Dobre strony”, a poprowadziła je Agnieszka Osmólska-Ilczuk. Ukończyła wydział wokalno-aktorski w klasie śpiewu oraz wydział instrumentalny w klasie gitary klasycznej Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi. Zadebiutowała rolą Paminy w operze „Czarodziejski flet” W.A. Mozarta. Jest rodowitą Radzynianką, więc na Podlasiu gości często.
W ostatnich miesiącach występowała w Radzyniu, m.in. wzięła udział w koncercie inaugurującym V Dni Muzyki Kościelnej Diecezji Siedleckiej, jak i w Siedlcach. Chętnie dzieli się również swoją wiedzą o głosie i jego kształceniu – podczas Międzynarodowej Konferencji nt. Emisji i Higieny Głosu odbywającej się w listopadzie ub.r. w Uniwersytecie w Siedlcach, poprowadziła blok warsztatowy „Głos, który się niesie”.
Podczas spotkania w Zbuczynie A. Kadłubowska udowodniła, że dobrze czuje się zarówno na wielkich scenach europejskich, jak i w małych, kameralnych salach. Spotkanie rozpoczęła śpiewająco – od minirecitalu przy akompaniamencie Vlasty Traczyk, kompozytorki, pianistki i aranżerki, z którą współpracuje od 2022 r.
Agnieszka, śpiewaj!
Swoją artystyczną drogę A. Kadłubowska wiązała z gitarą klasyczną. Ziarno wątpliwości, czy jest jej pisana kariera instrumentalistki, zasiała pedagog na zajęciach z kształcenia słuchu. Powiedziała: „Agnieszka, ty chyba powinnaś śpiewać”. Nie była to odosobniona opinia, ale zwrot nastąpił dopiero, kiedy na prośbę znajomego „użyczyła” swego głosu na ślubie. Zaśpiewane w kościele „Ave Maria” zapoczątkowało ciąg wydarzeń, które kazały o śpiewie pomyśleć na serio. – Nigdy nie przypuszczałam jednak, że zostanę śpiewaczką operową. Bardzo długo zajmowałam się muzyką rozrywkową. Jeździłam m.in. na warsztaty jazzowe, miałam przyjemność pracować m.in. z Ewą Bem – mówi A. Kadłubowska, tłumacząc, że wiele osób podpowiadało jej, żeby zajęła się śpiewem klasycznym. Tak też się w końcu stało. – Śpiew klasyczny tak mocno pokochałam – a może on pokochał mnie – że dopóki głos mi pozwoli, nie zamierzam zejść z tej drogi – dodaje. Wsparło ją na niej wielu ludzi, w tym wybitni szkoleniowcy i śpiewacy. Dzielili się wiedzą, umiejętnościami, także podejściem do życia. – Praca śpiewaka nie jest łatwa. To zawód nastawiony na ciągłą krytykę i ciągły stres. Obecnie mogę już powiedzieć, że stresu się oduczyłam – podkreśla artystka. I dodaje, że najbardziej pomogli jej w tym przyjaciele, którzy – znając jej możliwości – w różnych okolicznościach motywowali: „Agnieszka, śpiewaj!”.
Non stop muzyka
Życie zawodowego muzyka to… muzyka. – Jako instrumentalistka grałam, mam wrażenie, od rana do wieczora. Potrafiłam ćwiczyć pięć, sześć godzin non stop, bez jedzenia. Głosu nie można aż tak długo wykorzystywać, bo się męczy; dwie godziny śpiewania to maksimum. Do tego dochodzi przeglądanie nut, uczenie się partii. Także tłumaczenie libretta z języków obcych, żeby wiedzieć, o czym śpiewamy. Więc, sumując, śpiewem też zajmuję się cały dzień – stwierdza A. Kadłubowska. Nie byłoby to możliwe, gdyby tego nie kochała. – Śpiewanie jest dla mnie jak narkotyk. Ta forma wypowiedzi, którą może na co dzień nie zawsze można coś zakomunikować, ale bez wątpienia uwalnia ona we mnie energię. W moim przypadku dzień bez śpiewu równa się zły humor. Gdy sobie pośpiewam, wstępuje we mnie życie – śmieje się artystka.
Operowy głos
Jest posiadaczką tzw. dużego operowego głosu, co śpiewakowi stwarza duże pole do popisu. Gościła na scenach Polski, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Hiszpanii. Z sentymentem wspomina koncertowanie w Betlejem, zanim Strefę Gazy ogarnęła wojna. Pytana o największe artystyczne marzenie, A. Kadłubowska zauważa, że życie zmienia perspektywę. – Gdy byłam młodsza, jak każda śpiewaczka marzyłam o Metropolitan Opera czy Covent Garden. I jeśli dostanę propozycję wystąpienia na scenie tej klasy, będę szczęśliwa. Ale szczęściem jest dzisiaj dla mnie po prostu śpiewać – stwierdza. Nie ukrywa natomiast, że muzyczne zadanie, z którym chce się zmierzyć każda sopranistka, to rola Violetty w „Traviacie”. W rozmowach z ludźmi, ale też ze sceny, A. Kadłubowska stara się popularyzować dzieła operowe. Wielu ludzi z założenia rezygnuje, uważając, że to utwory zbyt trudne, za ciężkie. – Nie bójmy się klasyki. Wiele razy przekonałam się, patrząc na łzy w oczach widzów, że to muzyka, która leczy, odblokowuje. Trzeba tylko poszukać takich utworów, które najbardziej do nas przemawiają, dają wiarę w lepsze jutro, dobrze nastrajają. W tym tkwi siła muzyki – przekonuje A. Kadłubowska. Chętnie podaje przykłady oddziaływania muzyki na słuchaczy. Kiedy w jednym z lubelskich kościołów przygotowywała się do koncertu, okazało się, że próba nie była w smak kościelnemu zarówno ze względu na późną porę, jak i z uwagi na repertuar operowy, którego – jak stwierdził – nie da się słuchać. Kiedy następnego dnia po koncercie weszła do zakrystii, czekał tam na nią. „Zmieniła mi pani życie” – powiedział wzruszony.
Dla niej chce się komponować
Współpracę z Radzynianką ceni sobie V. Traczyk. Poznały się przy okazji dużego projektu „I like Moniuszko”. – Zakochałam się w jednej z pieśni w aranżacji Vlasty. Po pierwszym z koncertów wiedziałam, że musimy zrobić wspólny projekt. Na początku Vlasta tego nie widziała, ale obiecała przemyśleć sprawę. Trwało to długo, ale w 2022 r. zadzwoniła i powiedziała: „Agnieszka, mam pomysł” – wspomina A. Kadłubowska.
– Muzyka operowa jest dla mnie jak świątynia, a głos Agnieszki – przepiękny, o dużych możliwościach – pozwala się kompozytorowi wykazać. Tworząc dla niej, wiem, że musi to być coś pięknego – tak jak jej głos i osobowość – przyznaje V. Traczyk. I dodaje: – Kiedy występujemy razem, tworzymy symbiozę naszej wrażliwości i dusz. To jak wymiana energii na jakimś niewidocznym poziomie – wyjaśnia. – Łączy nas nie tylko scena. Lubimy po prostu przebywać ze sobą i rozmawiać o codziennym życiu. Agnieszka przyjaźni się też z moją córką. To wspaniały, dobry człowiek. Dla takich artystów chce się komponować, tworzyć. Mamy dużo planów – mówi V. Traczyk.
Głos jak linie papilarne
Głos, jego uwarunkowania i możliwości – to kolejna pasja artystki. Podczas warsztatów, które prowadzi, lubi porównywać głos człowieka do linii papilarnych: u każdego jest on niepowtarzalny. O jego jakości, tak ważnej u śpiewaków, decyduje przede wszystkim właściwy oddech i wewnętrzny spokój, „wyluzowanie”. Uczestnikom spotkania w Zbuczynie A. Kadłubowska zaproponowała kilka ćwiczeń, by „rozruszać oddech”. Zachęcała też do śpiewania. – Śpiewamy mało – a szkoda, bo muzyka jest czymś niesamowicie wartościowym. Otwiera umysł, odblokowuje, potrafi wyprowadzić z depresji – wyliczała. Zebranych w sali GOK prosiła, by dużo śpiewać na co dzień, w domu, ze znajomymi, nie przejmując się, że nie brzmimy idealnie. Bo najważniejsze są emocje, jakich źródłem jest śpiew. Jak mówiła, ważne, by młodzi ludzie marzący o scenie trafiali „we właściwe ręce”, czyli do kompetentnych nauczycieli, którzy zapewnią im dobry start. Wiedząc, jaką rolę odgrywają podstawy, A. Kadłubowska zrzekła się honorarium na rzecz działającej w GOK Strefy Pozytywnej Kreacji – pilotażowego projektu wzmacniającego podstawowe zdolności manualne i funkcje społeczne młodych mieszkańców gminy Zbuczyn.
LI