Ze wspomnień granatowego fartuszka
Podobnie jak karnawałowe szkolne imprezy: choinka i jej (prawie) dorosła wersja - studniówka. Przygotowania do choinki dobrze było zacząć już w połowie listopada. Zaraz po akademii z okazji kolejnej rocznicy wybuchu rewolucji październikowej. Wybrać repertuar, zatwierdzić obsadę i próbować, próbować, próbować… A potem już „tylko” drżeć z emocji, czy wszystko się uda.
Dobrze, jeśli szkoła miała własną salę gimnastyczną. Jasne, trzeba było przystroić sufit i ściany, zrobić tymczasową scenę, ubrać na niej choinkę i zostawić trochę miejsca na tzw. kulisy. Szkolna choinka to było – zwłaszcza na wsi – nie byle jakie święto.
Zakochana para, Jacek i Barbara
Choinkowe spotkanie w wiejskiej szkole podstawowej, jakie z baaardzo dawnych lat pamiętam, miało swój rytuał. Zazwyczaj planowano je tak, żeby nie kolidowało z „obrządkiem”. Dla ustabilizowania sytuacji schodzących się rodziców i dzieci proponowano zabawy „wstępne”. Zwykle hitem był „Zielony walczyk”: „Chodzę ja sobie po kole,/ Wybieram pannę, którą wolę,/ Wybieram pannę do tańca, Żeby zatańczyć z nią walca.// Zielony walczyk raz, dwa, trzy,/ Kto go nie umie, niech patrzy,/ A kto go umie, niech tańczy,/ Zielony walczyk, raz, dwa, trzy”.
Tu nie wystarczało już, jak przy „Mam chusteczkę haftowaną”, przekazanie rekwizytu wybranej osobie, ale na oczach ciekawskich – nauczycieli, rodziców, koleżeństwa – zatańczenie z nią. I – jeśli kto potrafił – najlepiej walczyka, na trzy. ...
Anna Wolańska