Żeby Polska nie umierała po cichu
W Białej Podlaskiej, Radzyniu, Parczewie naprawdę czuć polskość: przywiązanie do wiary, zwyczajów, lokalnej wspólnoty. Jednocześnie widać tam coś, o czym wolimy nie mówić głośno – powoli pustoszejące domy, szkoły z coraz mniejszymi rocznikami, parafie, w których z roku na rok ubywa ludzi.
Od końca lat 80 Polska kurczy się demograficznie. Co roku jest nas mniej o blisko 180 tysięcy. Według GUS dziś mamy w Polsce 1,8 mln pustostanów. Jeśli nic się nie zmieni, za 20 lat ta liczba ma się podwoić. Rynek finansowy także to odczuje: kredyty okażą się wyższe niż realna wartość zabezpieczenia, a młodsze pokolenia nie będą w stanie podjąć decyzji o własnym mieszkaniu czy domu.
Nie jesteśmy bezradni
Za tą ekonomiczną układanką kryje się coś znacznie poważniejszego. Kraj może mieć uporządkowane wskaźniki i wciąż powoli umierać, jeśli zabraknie w nim ludzi, którzy chcą w nim żyć, zakładać rodziny, tworzyć wspólnoty. Wierzę jednak, że nie jesteśmy bezradni. Mamy zasoby rozproszone po świecie, zwłaszcza na obszarze dawnego Związku Sowieckiego. Na Białorusi, w Rosji, w innych republikach żyją ludzie polskiego pochodzenia, polskiego ducha, często wychowani w wierze przodków.
Jeśli ich nie zaprosimy, stracimy ich bezpowrotnie. Wynarodowienie nie dzieje się z dnia na dzień. To dziesiątki drobnych kompromisów: dziecko zapisane do „bezpieczniejszej” szkoły, rezygnacja z języka w domu, milczenie przy spisie narodowym. Dziś w statystykach widać już efekt: na Białorusi, według danych naszych służb dyplomatycznych, mieszka ponad milion Polaków, ale w spisie powszechnym do polskości przyznaje się niespełna 300 tysięcy. Reszta ginie w rubryce „inni” albo przyjmuje tożsamość państwa, w którym żyje.
Szykujmy programy osadnictwa
Dlatego od lat powtarzam przekaz, który dla lekarzy jest oczywisty: jeśli chcemy ratować osłabiony organizm, trzeba mu podać krew zgodnej grupy. Polska potrzebuje transfuzji z własnej krwi.
Możemy przygotować programy osadnictwa: przejmować niewykorzystane mieszkania i domy, kupować je lub wynajmować, tworzyć plany dla województw i powiatów, w których da się przyjąć polskie rodziny. To nie jest tylko zabieg gospodarczy. To jest moralny obowiązek wobec tych, których historia wyrzuciła poza granice Rzeczypospolitej.
Najpierw odpowiedzialność za swoich
Alternatywa, którą słyszymy z ust polityków lewicy, jest prosta: otworzyć szeroko drzwi dla zupełnie obcej imigracji, budować „Polskę multi-kulti”, a wszelkie wątpliwości kwitować zarzutem ksenofobii. Nie chodzi o strach przed obcym. Chodzi o porządek miłości. Najpierw odpowiedzialność za swoich, za tych, którzy od pokoleń noszą w sercu polskie imiona, a dopiero potem – mądrze ułożona otwartość na innych.
Kiedy patrzę na Podlasie – na te „krańce obwarzanka”, gdzie wciąż bije serce Polski – myślę, że właśnie tam najłatwiej zrozumieć wagę tej decyzji. Albo dopuścimy, by Polska umierała po cichu, albo odważymy się na transfuzję: przyjęcie Polaków z daleka, ożywienie pustych domów, wzmocnienie parafii i szkół nowym pokoleniem. Wierzę, że wciąż stać nas na to, by wybrać życie.
Grzegorz Bierecki, senator RP
W materiale wykorzystałem fragmenty przemówienia, jakie wygłosiłem, odbierając nagrodę Towarzystwa Patriotycznego Jana Pietrzaka 23 listopada 2025 r. Całość opublikował portal www.wpolsce24.tv
