Region
PIXABAY.COM
PIXABAY.COM

Hodowcy drobiu liczą straty

Ptasia grypa ponownie uderzyła. Wybito tysiące ptaków - tym razem kaczek - a hodowcy liczą nie tylko finansowe straty, ale także koszty związane z restrykcyjną bioasekuracją.

Wysoce zjadliwy wirus HPAI odnotowano we wsi Halasy w powiecie bialskim, Miłkowie w powiecie parczewskim oraz w trzech gospodarstwach w gminie Wohyń w powiecie radzyńskim. Jak w każdym podobnym przypadku, służby weterynaryjne podjęły działania mające na celu likwidację ognisk choroby. Zwierzęta zostały uśmiercone, a gospodarstwa poddane dezynfekcji.

Wokół hodowli dotkniętych chorobą, w promieniu 3 km, weterynaria wyznaczyła obszar zapowietrzony, natomiast w promieniu 7 km – zagrożony. Obowiązują tam ograniczenia dotyczące m.in. transportu i handlu drobiem oraz jajami, a ptaki muszą być trzymane w zamknięciu.

Skutki występowania grypy ptaków mają przede wszystkim wymiar ekonomiczny. Na tę chorobę nie ma ani skutecznego lekarstwa, ani szczepionki. Jedyną metodą ograniczania zakażeń pozostaje ścisłe przestrzeganie zasad bioasekuracji. Chodzi m.in. o odpowiednie procedury przy wjeździe pojazdów z dróg publicznych na teren fermy – np. podczas dostaw paszy, odbioru padłych zwierząt czy wizyt lekarza weterynarii – a także o zachowanie higieny przez osoby obsługujące drób, w tym dezynfekcję rąk i zmianę odzieży.

Sytuacja budzi niepokój wśród okolicznych hodowców. – Przypadki ptasiej grypy wciąż się zdarzają, co potwierdzają wydarzenia z ostatnich dni. To powoduje ogromną niepewność. Wielu z nas ma kredyty. Jeśli strefa ograniczeń będzie obowiązywać dłużej niż 30 dni, nie będziemy mogli zasiedlać ferm młodymi ptakami, co oznacza przestój i straty także dla pracowników – mówi Jacek Łaski, hodowca z Międzyrzeca Podlaskiego.

Tykająca bomba

Drobiarze z powiatu ryckiego nadal odczuwają konsekwencje obostrzeń wprowadzonych pod koniec zimy, po wykryciu przypadków zakażonych ptaków na przełomie stycznia i lutego. Jak podkreślają hodowcy, sama bioasekuracja wiąże się z dużymi kosztami.

– Więcej wydajemy na środki dezynfekujące, śluzy sanitarne czy deratyzację – mówi Hubert Filipek, przedsiębiorca drobiarski z gminy Stężyca. Dariusz Makowski, hodowca z tej samej gminy, wylicza, że miesięczne koszty związane z bioasekuracją wynoszą ok. 2 tys. zł. Dodatkowe wydatki pochłaniają szczepienia, które trzeba wykonywać co dwa miesiące. – Gdy pojawia się nowy rzut kurcząt liczący około 16 tys. sztuk, każda z nich musi zostać zaszczepiona – podkreśla Wiesław Krupa.

Do tego dochodzi nieprzewidywalność rynku. – Zdarzają się duże wahania cen brojlerów. Przez kilka tygodni mogą utrzymywać się np. na poziomie 6 zł, by potem gwałtownie spaść do 4 zł. Tymczasem przy 4,5 zł za kilogram kurczaka ledwo pokrywamy koszty produkcji – tłumaczy H. Filipek.

Hodowcy zwracają uwagę także na ogromny stres związany z zagrożeniem epidemiologicznym. – Ten wirus to tykająca bomba. Wystarczy, że ktoś nie dopełni zasad bioasekuracji, nie zdezynfekuje rąk albo wniesie zakażony materiał na teren fermy i może dojść do zarażenia. Jeśli przypadków będzie więcej, istnieje ryzyko, że Europa Zachodnia przestanie odbierać od nas drób. To oznaczałoby dla branży prawdziwą zapaść – alarmuje D. Makowski.

Nie lekceważmy symptomów

Powiatowy lekarz weterynarii w Rykach przypomina, że kluczowe znaczenie w zapobieganiu rozprzestrzenianiu się choroby ma stała obserwacja drobiu. Niepokój hodowców powinny wzbudzić m.in.: zwiększona śmiertelność ptaków, wyraźny spadek pobierania paszy i wody, objawy neurologiczne – takie jak drgawki, skręty szyi, paraliż nóg i skrzydeł czy niezborność ruchów – a także duszności, sinica, wybroczyny, biegunka, nagły spadek nieśności lub tzw. lanie jaj.

Lekarz weterynarii zwraca również uwagę, by po każdym kontakcie z dzikim ptactwem dokładnie umyć ręce wodą z mydłem lub innym detergentem. Jeśli nie ma takiej możliwości, należy je zdezynfekować.

W przypadku znalezienia martwych lub sprawiających wrażenie chorych zwierząt należy niezwłocznie powiadomić odpowiednie służby. – Takie przypadki trzeba jak najszybciej zgłosić powiatowemu lekarzowi weterynarii, wójtowi, burmistrzowi, staroście, straży miejskiej albo policji. Pod żadnym pozorem nie wolno dotykać takich ptaków – przestrzega p.o. powiatowego lekarza weterynarii w Rykach Magdalena Pikulska.