Czymże ja jestem przed Twoim obliczem?
Tyle mniej więcej talent był wart w czasach Jezusa. Niekiedy, opisując biblijną miarę, przyjmuje się, iż było to 34,2 kg złota lub srebra, albo inaczej: ok. 6 tys. denarów (denar odpowiadał jednej dniówce robotnika). Jaką zatem wartość mogła mieć pożyczka udzielona ewangelicznemu słudze? Popuśćmy wodze fantazji (czy raczej wyobraźni matematycznej): 342 tony drogocennego kruszcu, 2 mld (!) średnich dniówek!? Nieprawdopodobne sumy! Nierealne…
Rzecz jasna, nie matematyczny rachunek miała na myśli Jezus. Liczby to tylko narzędzie, obraz – typowa dla nauczycieli żydowskich hiperbola, sygnał, że chodzi o trudną do wyobrażenia dysproporcję porządku istnienia. O Bożą hojność. O wielkość Bożego miłosierdzia, o „nieprzystawalność” Pana wszechrzeczy do naszego porządku istnienia i zarazem niesamowitą bliskość Syna Bożego, który stał się jednym z nas. O ucieleśnioną Miłość, dla której każdy człowiek jest ważny, jedyny, niepowtarzalny, bo przecież odkupiony Przenajświętszą Krwią Chrystusa przelaną na Golgocie.
„Panie! czymże ja jestem przed Twoim obliczem? – Prochem i niczem; Ale gdym Tobie moję nicość wyspowiadał, Ja, proch, będę z Panem gadał” – modlił się ks. Piotr w scenie V „Dziadów” cz. III Adama Mickiewicza. To jest paradoks, który niezmiennie zadziwia, porusza.
Przypowieść Jezusa o wielkoduszności pana i małostkowości sługi, któremu został darowany dług – a którego za moment nie było stać na drobny gest wobec współsługi – może stanowić realną przestrogę przed zatraceniem się w chciwości i ślepocie, przed zagubieniem proporcji i niemożnością spojrzenia poza swój interes. „Gdy człowiek żywi złość przeciw drugiemu, jakże u Pana szukać będzie uzdrowienia?” – woła mędrzec Syrach. Los niemiłosiernego człowieka, który w swoim zaślepieniu i zuchwałości chyba nawet nie dopuszczał takiego biegu sprawy, może przerażać. To konsekwencja zatwardziałości serca.
Jaka jest wymowa – dla nas – proklamowanego fragmentu Ewangelii? Nie o wzbudzenie strachu tu chodzi. Nie o matematykę i handel wymienny, wyrachowanie i bilans zysków i strat. Raczej o to, abyśmy dali się pociągnąć Miłości, nieogarnionej „pojemności” Bożego serca. Abyśmy spróbowali zrozumieć Pana Boga. „Nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło jedno z tych małych” (Mt 18,20) – tłumaczył pokornie Jezus. Nie zdezaktualizowały się Jego słowa: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Wszystko pozostaje w mocy.
Chodzi o to, abyśmy rozpoznali tę Miłość, zafascynowali się Nią i odpowiedzieli całym sercem, całym swoim życiem. Najlepiej i najpiękniej, jak potrafimy.
Siedlanowski Ks. Paweł