Niezwykły świat Kazimierza Paciorka
Zamiast muczenia krów słychać pozytywkę, z półek spoglądają setki świętych obrazów, a w drewnianym urządzeniu sprzed 150 lat można by znów ukręcić lody. To nie muzeum w tradycyjnym sensie - to świat Kazimierza Paciorka, w którym historia nie jest tylko wspomnieniem. Przedmiotami, które inni uznawali za bezużyteczne, interesował się od najmłodszych lat.
– Jako chłopak nie zawsze wiedziałem, do czego one służą, ale znosiłem je do domu, czyściłem, konserwowałem i chowałem w stodole, szopie czy w innym miejscu – wspomina. Z czasem ludzie zaczęli przynosić mu sprzęty z dawnej wsi, a jego zbiory rosły w siłę. Dziś zajmują kilka pomieszczeń w gospodarstwie, a każdy zakamarek kryje inną opowieść – o pracy, domu, wierze i codziennym życiu Mazowsza sprzed dekad.
Strażnik lokalnej pamięci
Paciorek to nie tylko kolekcjoner. To regionalista, kronikarz lokalnej historii i twórca treści poświęconych Gończycom, Sobolewowi i okolicom. Kilka lat temu postanowił odnaleźć i opisać wszystkie miejsca pamięci narodowej w powiecie garwolińskim. Efektem pracy jest udokumentowanie aż 120 obiektów małej architektury sakralnej, niemal dwukrotnie więcej niż wskazują oficjalne źródła. W albumie, który wydał, opisał fundatorów kapliczek, krzyży przydrożnych oraz ich znaczenie w życiu lokalnych społeczności. – To miejsca, które są częścią naszej tożsamości. Każdy krzyż, każda kapliczka ma swoją historię i swoją duszę – mówi Paciorek.
Na stronie kazimierzpaciorek.pl publikuje materiały historyczne, religijne i wspomnieniowe. Przez kilka kadencji był radnym gminy Sobolew, prezesem OSP Gończyce, a obecnie pełni funkcję wiceprzewodniczącego Ludowego Towarzystwa Naukowo-Kulturalnego w Garwolinie. Za swoją działalność został uhonorowany m.in. Złotą Odznaką „Za opiekę nad zabytkami” przyznaną przez ministra kultury, odznaką Pro Patria „za szczególne zasługi w kultywowaniu pamięci o walce o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej” oraz tytułem Zasłużonego dla Powiatu Garwolińskiego. Nie tak dawno występował w lokalnej kapeli folkowej Bocianisko i Kapeli Ludowej z Kacprówka, znanych w całym regionie.
Od obory do muzeum
Początkowo Kazimierz nie planował tworzyć muzeum. Zwyczajnie lubił stare rzeczy – te, których ktoś kiedyś używał, które coś przeżyły i nosiły w sobie historię. Po śmierci ojca w gospodarstwie zaczęły pustoszeć budynki: stodoła, obora. – I wtedy zaczęły się „zapełniać” – mówi Kazimierz z uśmiechem. W 2014 r. zapadła decyzja, która zmieniła oborę w miejsce, którego nie powstydziłoby się żadne regionalne muzeum. Dziś trudno mówić o jednej sali czy kolekcji. To raczej labirynt wspomnień: starych maszyn, sprzętów gospodarstwa domowego, obrazów, kufli i żelazek. Każdy kąt opowiada inną historię. – Najpierw nie było czasu. Potem nie było gdzie tego trzymać. A teraz każdy przedmiot ma swoją opowieść – mówi Kazimierz.
Człowiek, który zatrzymał czas
Kazimierz nie jest typowym kolekcjonerem. Dla niego eksponat to świadek historii, a zbieranie jest sposobem na utrwalenie pamięci o przeszłości. W jego zbiorach znajdują się prawdziwe rarytasy. Radio skałkowe bezprzewodowe z okresu międzywojennego jest jednym z pierwszych odbiorników na ziemiach polskich. Obok Kazimierz ulokował wojskową kuźnię polową i niemiecką mapę Gończyc z 1939 r., na której zaznaczone są ulice i wszystkie przylegające do nich domy – fragment przeszłości, który stara się ocalić dla przyszłych pokoleń.
Miłośników strażackiej historii przyciągają pompa jednoręczna, wyposażenie konnego wozu strażackiego z XIX w., bosaki, hełmy i dawny osprzęt straży ogniowej. Pod wiatą uwagę zwraca stół, którego blat składa się z 3,6 tys. kapsli po piwie (kilka razy więcej znajduje się ich w pojemnikach obok). Każdy kapsel to ślad dawnych zabaw, spotkań i wspólnego świętowania mieszkańców wsi.
W domu czekają kolejne skarby: bogata kolekcja książek i starodruków, dwa albumy z płytami winylowymi, na których nagrano księgi z epopei narodowej „Pan Tadeusz”, oraz ponad 100 znaczków pielgrzymkowych przytwierdzonych do konturu Polski. Sentymentalną wartość ma lekko wypłowiały obrazek z I Komunii św. z 1942 r., który Kazimierz przechowuje jako osobistą pamiątkę z dawnych lat. Na półkach znaleźć można także przedmioty codziennego użytku z minionych dekad: proszki do prania Orion, Gamma, Pollena, kostka mydła Biały Jeleń, kufry posażne i podróżne, a także 400-letnia dębowa beczka z klepek, w której przechowywano zboże.
Pasją K. Paciorka nie jest tylko gromadzenie przedmiotów – ale przede wszystkim dokumentowanie historii, chronienie jej przed zapomnieniem i chęć pokazania młodszym, jak wyglądało życie na mazowieckiej wsi. Dla wielu odwiedzających jego muzeum wizyta staje się podróżą w czasie – i lekcją szacunku dla codzienności przeszłych pokoleń.
Królestwo żelazek i kufli
Jedna z półek ugina się od żelazek. Jest ich około 40. Najstarsze na węgiel – z charakterystycznym dymnikiem. Potem żelazka „na duszę”, czyli z metalowym wkładem rozgrzewanym w ogniu. Dalej pierwsze elektryczne – ciężkie i toporne. W innym pomieszczeniu królują kufle do piwa – ponad tysiąc. Zwykłe i ozdobne, ceramiczne i szklane, z napisami, z różnych krajów. Jeden z nich gra – po podniesieniu rozbrzmiewa melodia jak z pozytywki. Obok setki otwieraczy do butelek i tysiące starannie poukładanych kapsli. Dalej – ponad 100 słoników na szczęście. Ktoś powie: kolekcjonerstwo. On mówi: pamięć.
Każda rzecz ma swoją historię
W stodole stoją większe maszyny: sieczkarnie, śrutownik napędzany kieratem, wagi – wiele z nich wciąż działa. Mamy tutaj okazały warsztat tkacki, polową kuźnię z pedałem jak w rowerze, drewniane koła od wozów i rowerów. To opowieść o pracy i o tym, jak kiedyś wyglądał dzień na wsi. Na ścianach wiszą święte obrazy – ponad 200. Część przynieśli ludzie, część Kazimierz ratuje sam. – Każdy z nich skądś przyjechał, ktoś go kiedyś miał w domu – mówi.
Bez opowieści wiele eksponatów wyglądałoby jak dziwne drewniane konstrukcje. Maszyna do kręcenia lodów, dawna pralka, balie, dzieże, kołyski, kufry posagowe – wszystkie te przedmioty odżywają w opowieściach Kazimierza. – Tego nie da się opisać jednym zdaniem. Każdą rzecz trzeba wytłumaczyć, pokazać jej sens – podkreśla gospodarz.
Miejsce, które żyje
Nie jest to muzeum „za szybą”. W stodole odbywają się wiejskie potańcówki, grają kapele, ludzie przynoszą kolejne przedmioty i własne historie. Kazimierz nie używa wielkich słów, ale robi coś bezcennego: zatrzymuje świat, którego już nie ma. Pokazuje, jak się prało, prasowało, robiło masło, tkało płótno, przechowywało lód na lato. Jak wyglądała praca, dom, wiara, codzienność. W Gończycach historia nie jest datą w podręczniku. Można ją wziąć do ręki. A jeśli ma się szczęście, usłyszeć ją w opowieści człowieka, który nie pozwolił jej zniknąć. – To wszystko dla ludzi, żeby pamiętali, skąd są, kim byli ich rodzice, dziadkowie i przodkowie – mówi Kazimierz, prowadząc zwiedzających przez kolejne zakamarki swojej obory.
Waldemar Jaroń