Japonia na wyciągnięcie ręki
Spotkanie z podróżnikiem i pisarzem, który nie tylko wędrował po Japonii, ale również pracował i mieszkał tam ponad dekadę, odbyło się w Gminnym Ośrodku Kultury w ramach cyklu „Dobre Strony”. Sala wypełniła się po brzegi, przenosząc gości do odległego kraju, który wciąż fascynuje. Prowadząca spotkanie Agnieszka Osmólska-Ilczuk, nawiązując do rysunków kwitnącej wiśni, które zawisły na scenie, zapytała, czy w Japonii zaczyna się już czas kwitnienia.
Pio San, bo tak mówiono tam na P. Milewskiego, potwierdził, że są miejsca, gdzie już kwitną wiśnie. – To zresztą temat na długą rozmowę, bo jej gatunków jest bardzo dużo i niektóre kwitną wcześniej, inne później, ponieważ Japonia ma aż cztery strefy klimatyczne – tłumaczył. – Zaczynają kwitnąć w lutym na południu, na tropikalnych wyspach, i kończą w maju na wyspie Hokkaido – precyzował, przyznając, że wiśnie i czas ich kwitnienia są dla Japończyków bardzo ważne, a nazwa Kraj Kwitnącej Wiśni nie jest przypadkowa. – To szaleństwo: oni co roku czekają na ten moment i kiedy zbliża się czas kwitnienia, informacje o tym są wszędzie. Nawet w prognozach pogody pojawiają się plansze pokazujące fronty kwitnącej wiśni: jak się przesuwają, kiedy dokładnie drzewka będą kwitły w danym regionie itp. Więcej: od kwietnia, czyli czasu kwitnięcia wiśni w rejonie Tokio i Kyoto, jest nowy rok podatkowy, pracownicy są przyjmowani do pracy, zaczyna się rok szkolny, akademicki. To czas, kiedy rozpoczyna się nowe życie. Wiśnie dla Japończyków są synonimem ulotności i piękna, które nie jest trwałe, więc trzeba je docenić – podkreślał, opowiadając, że ludzie zbierają się pod kwitnącymi drzewkami, urządzają pikniki, a tradycja ta sięga głęboko w historię. – Kwiaty wiśni przypominają życie samurajów, którzy ruszali do walki, ginęli, czyli rozkwitali, przekwitali i znikali. To niesamowity widok, jak te płatki opadają i pokrywają całą ziemię niczym śnieg. A po kilku dniach szarzeją, przypominając, że nic nie jest trwałe. Niby to zwykłe kwiaty, a wzbudzają bardzo duże emocje – przyznał, dorzucając ciekawostkę, że zanim wiśnie zdominowały kulturę Japonii, podobną rolę pełniły śliwy.
Jak feniks z popiołów
Rozmowie towarzyszył pokaz zdjęć, jakie P. Milewski wykonywał podczas pobytów w Japonii: od tego, na którym nie widać widnokręgu z najwyższego budynku w Tokio, bo przysłaniają go liczne budowle, po artystyczne ujęcia delikatnie ośnieżonego wulkanu Fudżi. Gość przypomniał trudną historię tego kraju, który doświadczał pożarów, trzęsień ziemi i najbardziej tragicznego wydarzenia w dziejach współczesnego świata – zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. – Oni jednak mają doświadczenie w odradzaniu się – przyznał. Wracając do 2011 r. i trzęsienia ziemi, które zniszczyło elektrownię atomową Fukushima 1, a którego sam doświadczył, próbował przybliżyć gościom mentalność Japończyków żyjących w jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie rejonów świata. – Ono wywołało wielką falę tsunami, zginęło ponad 19 tys. osób, stając się dla całej Japonii trudnym doświadczeniem – opowiadał. – Z jednej strony obserwowałem ich zachowanie, jak mówią, działają, a z drugiej siebie. I zrozumiałem, że w pewnym momencie człowiek niejako nie ma wyboru, nie może ciągle myśleć o tym, co się może stać, i stara się funkcjonować w miarę normalnie. A to nie jest łatwe – przyznał, dopowiadając, że kiedy miał miejsce główny wstrząs, on znajdował się na dziewiątym piętrze tokijskiego biurowca, który odchylał się na boki o pół metra… – To był jedyny raz w ciągu mojej 27-letniej przygody z Japonią, gdy widziałem mężczyzn, którzy nie umieli ukryć przerażenia, a zwykle takich emocji nie pokazują. – Te wstrząsy trwały miesiąc i były na tyle silne, że wybudzały nas w nocy. Do dzisiaj pamiętam, jak trzy tygodnie po pierwszych wstrząsach siedziałem w biurze i poczułem, że zaczyna się kołysać. Zacząłem krzyczeć: „trzęsienie ziemi”, po czym spojrzałem na lampy, a one się nie poruszały. Okazało się, że miałem naruszony błędnik, podobnie jak wiele innych osób. Na szczęście po miesiącu mi przeszło.
Czytanie powietrza
Jedna z ciekawszych opowieści tego wieczoru dotyczyła mentalności tamtejszych ludzi i konieczności przynależenia do jakiejś wspólnoty. P. Milewski pięć lat pracował w japońskiej korporacji, będąc jedynym obcokrajowcem pośród 600 Japończyków. – Dla nich bardzo ważna jest grupa, zawsze się z jakąś utożsamiają: szkołą, zakładem pracy czy chociażby kółkiem zainteresowań – wyjaśniał. – Dla Japończyków istotne jest, żeby się w grupie odnaleźć, dopasować do niej, złapać jej rytm i „kūki wo yomu” („czytać powietrze”), czyli wiedzieć, jak się zachować w danej sytuacji, wyczuć atmosferę, wiedzieć, czego nie powiedzieć, zażartować czy nie. To takie nasze czytanie między wierszami, ale do kwadratu – opowiadał, przyznając, że to bardzo trudna sztuka, ponieważ Japończycy zwykle nie wyrażają emocji. – Robią to w inny sposób, nie bezpośrednio, i możemy to poznać dopiero wtedy, kiedy trochę tam pobędziemy i nauczymy się pewnych rzeczy. W Japonii słowami wyraża się dużo mniej niż u nas – dodał. Przyznał też, że rola outsidera, samotnego wilka, która na Zachodzie bywa podziwiana, w Japonii nie jest dobrze widziana. – Dlatego Japończycy są gotowi poświęcić część swojej indywidualności, byle tylko przynależeć do jakiejś grupy. Ta mentalność wynika z historii, kataklizmów, jakie przeżywali – tłumaczył Pio San. – Dawniej w Japonii było tak, że jeśli w wiosce zatrzęsła się ziemia i zburzeniu uległ jakiś dom, to następnego dnia wszyscy stawiali się, by go odbudować. Dlaczego? Bo każdy z nich wiedział, że kiedy następnym razem jemu by się to przydarzyło, on też otrzyma pomoc – mówił. Odniósł się również do uprawy ryżu. – Żeby zbudować pola ryżowe z całym systemem nawadniania, potrzebny jest wspólny wysiłek, szczególnie w górach, gdzie są pola tarasowe. Ten, kto jest najwyżej, może zatrzymać wodę, zmienić jej bieg, a wówczas ten, kto jest niżej, nie ma zbiorów i ginie – obrazowo wyjaśniał, dlaczego Japończycy mają tak silną potrzebę przynależenia do grupy, co dla Europejczyka czasami bywa męczące.
Zachwyć się
Wieczór minął szybko, bo poruszonych tematów było więcej. Goście dopytywali o gejsze, tatuaże, które do dziś budzą w Japończykach lęk, bo oznaczają przynależność do Yakuzy. Nie zabrakło opowieści o smakach, pracowitości czy raczej pracoholizmie, braku urlopów, różnych obliczach Tokio, japońskiej straży pożarnej, a także krótkiej lekcji kaligrafii. Kto nie mógł być na spotkaniu lub poczuł niedosyt, ma szansę nadrobić zaległości, bo P. Milewski swoje opowieści i spostrzeżenia z pobytów w Japonii zawarł w kilku książkach, m.in. „Tokio. Opowieści z dolnego miasta”, „Planeta K”. O jego podróżach w inne kierunki możemy przeczytać również w „Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej” czy „Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat”. W „Dziennikach japońskich” napisał, że wyruszając w podróż, zawsze spodziewamy się czegoś, a dostajemy coś zupełnie innego.
– Zastanawiam się, czy po tylu latach przemierzania różnych zakątków świata ten cytat nadal jest dla ciebie istotny? – dopytywała A. Osmólska-Ilczuk. – Dziś staram się wyjeżdżać bez oczekiwań i bez nastawiania się, bo to daje największe szanse, że się czymś zachwycimy – odparł rozmówca. – Myślę, że dużo uczymy się na takich wyjazdach, ale najwięcej o sobie. Jeśli możemy się gdzieś na chwilę zatrzymać i czymś zachwycić, to jest najpiękniejsze, co może się wydarzyć – podkreślał gość spotkania.
MG