Morskie opowieści
Martyna pochodzi ze Zbuczyna, Maciej z Siedlec, ale osiedli w rodzinnym mieście Macieja. Pochłonęły ich praca, rodzina, bo pojawiły się dzieci: Matylda, Marcel, Maurycy i Marysia. Jednak w tle zawsze były łodzie. - Każde wakacje spędzaliśmy na wodzie, zabieraliśmy przyjaciół i rodzinę w różne zakątki świata - mówi Martyna; jeszcze z pokładu łodzi, bo rozmawiamy pod koniec marca. - Wiecznie towarzyszył nam niedosyt, bo nie da się w ciągu tygodnia czy dwóch zanurzyć w lokalną społeczność, poznać jej kultury.
A my chcieliśmy zajrzeć głębiej, przeżyć coś wyjątkowego, pokazać dzieciakom świat bez sztywnych ram i zasad – tłumaczy swoje motywacje, które przy podejmowaniu decyzji, by w dwuletni rejs zabrać czworo dzieci w wieku trzech, pięciu, ośmiu i 12 lat, musiały być niezwykle silne. Do pomysłu rodzinę przekonał Maciej, który od wielu lat przygotowywał się do tej podróży i finansowo, i mentalnie. – Szkoliłem się i pływałem na wielu jednostkach żaglowych na przeróżnych akwenach świata, z powodzeniem przeprowadziłem katamaran przez Atlantyk na Karaiby – wylicza etapy przygotowań, przyznając jednocześnie, że wątpliwości było wiele: od problemów z doborem jachtu, po rozterki typowo życiowe. Małżonkowie zgodnie przyznają, iż nigdy nie zamykali sobie furtki powrotu do domu. – Wiedzieliśmy, że w razie czego mamy gdzie wracać i – co najważniejsze – do kogo – podkreślają.
Droga krzyżowa w Australii
Przez cztery lata podróży Święta Wielkanocne spędzali w różnych zakątkach świata, ostatnie w Australii. ...
Monika Grudzińska