Rozmowy

Sport mnie ukształtował, Bóg mnie uratował

Rozmowa z Grzegorzem Kleszczem, sztangistą, trzykrotnym olimpijczykiem, człowiekiem, który upadł - i dzięki Bogu podniósł się.

„Sztangista. Życie do udźwignięcia” - zatytułował Pan swoją książkę. Sport to rozdział życia, którego nie zamknął Pan wraz z zejściem z pomostu?

Podnosiłem ciężary przez 20 lat, więc nadal czuję się sportowcem i częścią rodziny olimpijskiej. Oczywiście moje życie się zmieniło. Nie spędzam już, jak kiedyś, 250-300 dni rocznie na zgrupowaniach, poświęcam ten czas rodzinie. Ale sport mnie ukształtował.

Wybitni sportowcy, których spotkałem na swojej drodze, mieli wpływ na mój sposób myślenia. Co najważniejsze, dobre doświadczenia zdobyte przez sport przeniosłem na życie prywatne: wytrwałość, niepoddawanie się przeciwnościom, chęć osiągania czegoś więcej niż przeciętna, pracowitość.

 

Żeby osiągnąć sukces w sporcie, trzeba coś oddać. Liczył się Pan z tym?

Wszystko w życiu wymaga mniejszego bądź większego poświęcenia. Jestem teraz głową rodziny, szczęśliwym mężem, ojcem czwórki dzieci – to także wiele wyrzeczeń i olbrzymi wysiłek. Decydując się na zawodowe podnoszenie ciężarów, wiedziałem, że ta dyscyplina skazuje mnie na ryzyko kontuzji, ale nie miałem bladego pojęcia, że trenerzy i działacze w sposób bezwzględny będą wystawiać na szwank nasze zdrowie. Mówię o tym nie po to, żeby oskarżać. Stwierdzam fakt. Wspinaczka na Mount Everest też wymaga ogromnego trudu, jest niebezpieczna, często kończy się źle, a mimo to ludzie podejmują ryzyko. Nam także przyświecały idee, marzenia, więc szliśmy na całego. Ja zapłaciłem za to wysoką cenę, a poczucie porażki wepchnęło mnie w głęboki mrok.

 

Kiedy zaczęło się to wchodzenie w ciemną dolinę?

Bóg obdarzył mnie talentem do podnoszenia ciężarów. ...

Pozostało jeszcze 85% treści do przeczytania.

Posiadasz 0 żetonów
Potrzebujesz 1 żeton, aby odblokować ten artykuł