Komentarze
Kawaleria na zgliszczach

Kawaleria na zgliszczach

Czy oglądali Państwo kiedyś westerny? Albo czytali powieści, których akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie? John Ford, Sergio Leone, Karol May, Wiesław Wernic i im podobni?

Ja w dzieciństwie trochę takich przygodówek pochłonąłem. I została mi z nich w głowie między innymi taka fraza: „kawaleria przybyła z odsieczą, gdy dopalały się już ruiny fortu, a osadnicy byli wyrżnięci lub uprowadzeni przez Indian”. Te słowa przypomniały mi się przy lekturze poniedziałkowej „Rzeczpospolitej”, w której jeden z wiodących materiałów poświęcono zapowiedzi uszczelnienia elektronicznej dokumentacji w służbie zdrowia. „Ministerstwo Cyfryzacji przygotowało pakiet pięciu zmian w przepisach, które wprowadzą nowe standardy bezpieczeństwa dla podmiotów masowo przetwarzających dokumentację medyczną” - pisze prorządowy dziennik.

A ja się zastanawiam, czy pisze poważnie czy między wierszami ukrywa szyderstwo, którego ja o wczesnym poranku po weekendzie nie potrafię wyłapać. Przygotowuje? Teraz?! Dwa i pół roku po tym, jak w cyberprzestrzeń poszły dane 13 milionów pacjentów, a trzy tygodnie temu 19 milionów? Kiedy ruskie szpiony, rekiny z big pharmy i ubezpieczeń, cwaniaki od chwilówek, pospolici złodzieje, szantażyści i inna swołocz może sobie czytać, na co Państwo chorują, jakie leki biorą i jakie badania przeszli?

Pół biedy, jeśli takiemu pacjentowi z „wyciekniętą” historią nie przytrafiło się nigdy nic poważniejszego od sezonowej grypy czy zwichniętej kostki. Ten może wzruszyć ramionami i stwierdzić: „a niech sobie czytają”. Ale ci, którzy w tajemnicy przed rodziną leczyli złapaną na wakacjach chorobę weneryczną, właśnie stali się wdzięcznym materiałem do szantażu. Ci z nowotworami i chorobami genetycznymi mogą się zastanawiać, jaką stawkę zaśpiewa im ubezpieczyciel, gdyby chcieli kupić polisę na życie (i czy w ogóle im taką polisę sprzeda). Natomiast ci, którzy mają przypadłości przewlekłe, mogą się spodziewać lawiny reklam przeróżnych pigułek i gadżetów, które niekoniecznie przyniosą im ulgę, za to mogą nabić kabzę sprzedawcom. Bo coś, co nazywało się „tajemnicą lekarską”, właśnie poszło się czochrać.

Nie trzeba wytężać wyobraźni, by zobrazować sobie nagłówki gazet i czołówki dzienników telewizyjnych, gdyby coś takiego zdarzyło się trzy lub pięć lat temu. Od nawoływań do dymisji rządu, a przynajmniej ministerstwa cyfryzacji, trzęsłaby się ziemia. Dzisiaj jest mowa o „incydencie”. Nieco krępującym, ale co tam. Ups, zdarzyło się. Głupia sprawa, ale podjęto środki zaradcze. Czy te środki wejdą w życie za miesiąc czy za rok, będą skuteczne czy tylko pozorne – nad tym dyskutują nerdy z „Niebezpiecznika” czy innego „Komputer Świata”. Władza będzie miała w tym tygodniu jedną lub dwie następne afery, kto by tam za nimi nadążał. Nie ma czasu zgłębiać, życie toczy się dalej.

I tak bez specjalnego huku żegnamy kolejną część naszej prywatności. Banki od dawna wiedzą, co, gdzie i kiedy kupujemy. Nowe samochody – dokąd i jak szybko jeździmy. Telefony – o czym i z kim rozmawiamy. Gdzie jest granica tego prześwietlania nas na wylot?

 

Adam Białczak