Kłamią i kłamać będą
Przed nami równie gorąca i pełna emocji jesień. Nieubłaganie bowiem zbliża się termin kolejnych wyborów do parlamentu, co to według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinny się odbyć już w okolicach października przyszłego roku. Czasu zatem niewiele, terminy gonią, liczy się każda minuta... Więc wszelkiej maści, proweniencji, przekonań, poglądów i światopoglądów ambicjonerzy, tacy - mówiąc językiem obecnie najznańszej i edżajlowej profesor Barbary Mróz-Gorgoń - high achieverowcy, sfokusowani na nowoczesnych destynacjach brandingowego targetu, po powrocie z kanikuły będą opowiadać, w jaki sposób planują przychylić nam nieba, gdy tylko dorwą się do państwowej kasy.
Oficjalnie batalię o wyborców jeszcze w trakcie wakacji zaczęła obecnie rządząca ekipa. Podczas inaugurującego piątą edycję Campusu Polska Przyszłości w Olsztynie przemówienia, zachowująca formę sprawczą gospodarka wydarzenia oraz ministra od edukacji dzieci i młodzieży w jednej osobie – Barbara Nowacka powiedziała: „Za rok wybory i traktujemy ten Campus jako początek tego naszego koalicyjnego, wielkiej koalicji demokratycznej bicia się o Polskę”. Zatem przed nami kilka miesięcy, w trakcie których z każdej strony sceny politycznej usłyszymy niejedną populistyczną bzdurę, setki łgarstw, ściem i oszczerstw dla niepoznaki nazywanych obietnicami wyborczymi.
Kłamstwo, jak powszechnie wiadomo, jest ulubionym narzędziem politycznym, którym w ostatnich miesiącach nagminnie posługują się nie tylko Mateusz „Pinokio” Morawiecki czy Donald „Pół-Niemiec” Tusk. Choć trzeba przyznać, że właśnie ten ostatni oraz jego dzielni giermkowie potrafią to robić z wyjątkową bezczelnością, a przy tym posiadają niespotykaną zdolność – wręcz wrodzony talent – do kompromitowania się.
Tusk nie tylko w pełni akceptuje swoje umiejętności kłamania w żywe oczy, ale wręcz je pielęgnuje i ulepsza. W trakcie ostatniej kampanii wyborczej skłamał przynajmniej 100 razy, obiecując realizację aż setki konkretów. Potem było jeszcze gorzej. Nawet – jak miało to miejsce ostatnio – pewne na 99% informacje przekazane przez premiera w sprawie Marcina Romanowskiego po zaledwie kilku godzinach okazywały się zupełnym blefem.
W trakcie wspomnianego Campusu szef rządu z nostalgią wyznał: „są przywódcy światowi wielkiej rangi, którzy potrafią skłamać, jak niektórzy wyliczyli, tysiąc razy w ciągu tygodnia czy miesiąca. Kiedyś pojedyncze kłamstwo dyskwalifikowało w życiu publicznym. Złapano polityka na jednym kłamstwie (…) to w ogóle koniec”. Kiedy takie słowa padają z ust człowieka, którego cała kariera polityczna opiera się na niedotrzymanych obietnicach, zręcznych manipulacjach i permanentnym mijaniu się z prawdą, to nie wiadomo, czy się śmiać czy wyć z rozpaczy. Gdy lider obecnie rządzącej formacji stawia się w roli arbitra moralności, to do prawdy nie można ogarnąć, czy przekracza on granicę zwykłej hipokryzji, drwi z inteligencji obywateli, czy wynika to z przypadłości, jaką jest u niego całkowity brak wstydu i elementarnej przyzwoitości.
Człowiek, który w normalnych demokratycznych warunkach – według standardów, o których sam wspomina – powinien zostać wielokrotnie zmieciony z politycznego ringu za swoje kłamstwa, dziś butnie poucza innych. Przyznam, że koleś budujący wszystko na oszustwie i pogardzie, przestrzegający przed oszustwami i pogardą, to jak dla mnie o wiele za dużo i… po prostu brak mi słów. Najgorsze jednak jest to, że przeciwna strona sceny politycznej wciąż robi wiele, żeby kłamstwa przychodziły Tuskowi z dużą łatwością. Dlatego ta władza kłamać nie przestanie, a to, co nas czeka w najbliższym roku, naprawdę przeraża.
Leszek Sawicki