Wieś nie wytrzyma
Jak z Pana perspektywy wyglądają tegoroczne żniwa? Jakie są plony i jakość ziarna w porównaniu z ubiegłym rokiem?
Ten rok jest słabszy od poprzedniego z wielu względów. Po pierwsze - swoje zrobiły wiosenne przymrozki. Rolnictwo to przecież nie tylko zboża, ale także warzywa i sady. W wielu gospodarstwach na naszym terenie sytuacja jest tragiczna. Co do zbóż - wiosenna susza, a później czerwcowe upały sięgające 40°C mocno wpłynęły na plony. Na słabszych ziemiach są one o ok. 30-40% niższe niż w poprzednim sezonie.
Jakość również pozostawia wiele do życzenia – ziarno jest drobne, a opad słabszy.
Najbardziej ucierpiały zboża ozime: pszenica, żyto, pszenżyto i jęczmiona. W czerwcu, kiedy najbardziej potrzebowały wilgoci, przyszła susza, a później upały. To po prostu poprzypalało rośliny. Na ziemiach piątej i szóstej klasy była katastrofa. Cieszmy się jednak z tego, co mamy, bo tam, gdzie przeszły wichury, ludzie nie zebrali nic.
Minister rolnictwa Stefan Krajewski zapowiedział na konferencji prasowej zmiany w szacowaniu suszy. Czego rolnicy oczekują od państwa – odszkodowań, dopłat, kredytów czy sprawniejszego szacowania strat?
Z szacowaniem strat borykamy się od lat. Od dawna działam w izbie rolniczej i pamiętam, ile czasu poświęcały na to – w dodatku społecznie – gminne komisje. Robiliśmy to rzetelnie, ale zostało nam to odebrane i zastąpione aplikacją. Teraz będzie to robić system informatyczny. Lokalne stacje meteorologiczne mają badać, ile spadło opadów, gdzie występuje susza itd. Następnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa określi jej występowanie. Problem polega jednak na samym sposobie szacowania. Dane i progi nie zawsze oddają rzeczywiste straty konkretnego gospodarstwa.
Druga sprawa to sposób liczenia strat. Musi być to 30% w całym gospodarstwie. Jeżeli ktoś ma również hodowlę, produkcja zwierzęca nadal wpływa na wyliczenie strat w uprawach. Ten system nie jest sprawiedliwy. Zdarza się, że u jednego rolnika plantacja kwalifikuje się do odszkodowania, a u sąsiada, za miedzą, już nie.
Minister zadeklarował też zmiany w sprzedaży bezpośredniej produktów rolnych. Czy te propozycje mogą realnie poprawić sytuację rolników?
Niestety nie, dlatego że problem tkwi w przepisach. Podam przykład mojego gospodarstwa, gdzie hoduję wołowinę. Nie mogę u siebie zabić zwierzęcia. Muszę zawieźć je samochodem do transportu żywca do rzeźni. Następnie trzeba odebrać półtusze kolejnym pojazdem do tego przystosowanym.
Żeby spełnić wszystkie restrykcyjne normy, np. stworzyć odpowiedni budynek, zamontować umywalki i spełnić pozostałe wymagania, trzeba ponieść ogromne koszty.
Przy takich regulacjach trudno mówić o prawdziwej sprzedaży bezpośredniej. Zamiast ją ułatwiać, tworzy się system, który skutecznie do tego zniechęca. Prosty przykład – piekarza. Żeby wyprodukować chleb, musi spełnić warunki sanitarne, mieć określoną liczbę pomieszczeń, umywalek, stołów. Otwiera działalność, piecze chleb, ma sklepy firmowe, które również są obłożone rygorystycznymi przepisami. Tymczasem do marketów przywożone jest z krajów Mercosur i innych państw pieczywo mrożone. Tam nie ma tych wszystkich wymagań. Jest kawałek piecyka, w którym pracownicy je wypiekają i sprzedają.
Wszystko zostało dostosowane do obcego kapitału, ponieważ jeśli podliczymy koszty tzw. sprzedaży bezpośredniej – paliwo, dojazdy, pracownika – to to po prostu się nie spina.
Niestety w Polsce rolnicy są marginalizowani. Przez trzy lata tego rządu nie otrzymaliśmy żadnego realnego wsparcia. Dzwonią do mnie gospodarze, którzy mają coraz większe problemy finansowe. Zaciągnięte kredyty i zobowiązania trzeba spłacać, ale przy obecnych dochodach nie ma z czego. Minister organizuje kolejne konferencje, zapowiada pomoc, ale na tym się kończy. Powiem wprost: opowiada bajki. Tymczasem ludzie w mieście są wprowadzani w błąd. Widzą co kilka dni ministra w telewizji, słyszą o następnych środkach dla wsi, więc sądzą, że rolnikom wciąż coś się dokłada. To nie jest prawda. W Polsce nie ma realnego wsparcia.
Czy przy obecnych cenach zbóż i bydła, a jednocześnie wysokich kosztach nawozów, paliwa oraz energii prowadzenie gospodarstwa w ogóle się opłaca?
Niestety rośnie liczba likwidowanych gospodarstw. Ludzie już mówią, że do końca roku wykorzystają tylko te pasze, które mają, i kończą hodowlę. To jest tragedia polskiej wsi, a nikt tego nie zauważa. Mamy czas dożynek, podczas których słyszymy o bezpieczeństwie żywnościowym, dziękuje się rolnikom, ale to puste słowa, skoro jednocześnie doprowadza się ich do upadku. Dzisiaj nikt nie dba o realną pomoc dla wsi. Nawet słaba i rozbita opozycja nie zabiega o głosy jej mieszkańców.
Jako Solidarność RI proponowaliśmy rozwiązania. Mówiliśmy np., że trzeba określić, czym jest gospodarstwo rodzinne, a czym jest firma produkująca żywność, bo dzisiaj wszystko traktuje się na tej samej zasadzie. Tymczasem dzisiaj małe gospodarstwa mają potężny problem finansowy. Zostały bez wsparcia i są mamione obietnicami: poczekajcie jeszcze chwilę, już jest to, już jest tamto. A tak naprawdę nie zrobiono nic.
Problemem są też plany ogólne gmin. Na najlepszych ziemiach proponuje się strefy OZE. Buduje się farmy fotowoltaiczne, magazyny energii czy wiatraki, a rolnictwo spycha się na ziemie piątej i szóstej klasy.
Kolejne przepisy, które za chwilę być może będą obowiązywać, też budzą obawy. Widzimy protesty rolników w Holandii związane z ETS-2 i ETS-3. Mówi się również o obciążeniach związanych z emisją metanu z hodowli. Krowa emituje metan, a za emisję gazów cieplarnianych rolnik może w przyszłości ponosić koszty.
Do tego dochodzą ograniczenia dotyczące hodowli. Jeżeli gospodarstwo nie będzie miało odpowiedniej powierzchni ziemi w stosunku do liczby zwierząt – mówi się o limicie 2,5 DJP na hektar – może się okazać, że trzeba je ograniczyć lub zlikwidować produkcję.
Jakie są dziś trzy najpilniejsze problemy polskiego rolnictwa, którymi rząd powinien zająć się natychmiast?
Po pierwsze – natychmiast trzeba uruchomić wsparcie do zakupu paliwa. Choć jesteśmy po żniwach, przed nami żniwa kukurydziane, orki i ciężkie prace polowe. Zapowiadane przez ministra 52 gr do litra to za mało. Jeżeli dzisiaj jesteśmy w stanie sprzedawać Ukrainie paliwo po 3 zł, to nie możemy wspomóc polskich rolników, żeby mieli za co obsiać pola? To jest zabezpieczenie żywnościowe naszego kraju. Przy sytuacji wojennej na świecie musimy pilnować swojego interesu.
Po drugie – powinno zostać uruchomione wsparcie finansowe lub kredytowe oraz wypłaty za suszę, gradobicie i przymrozki. Po trzecie – wspomniane plany ogólne gmin.
Dlaczego mogą być tak dużym zagrożeniem dla gospodarstw?
Media niewiele o tym mówią, a rolnicy często dowiadują się o wszystkim w ostatniej chwili. Wykorzystuje się wytrychy prawne i decyzje zapadają wtedy, gdy trudno już na nie zareagować. Na najlepszych ziemiach planuje się OZE, wiatraki, magazyny energii czy fotowoltaikę, a produkcję rolną spycha się najsłabsze klasy. Dlatego w ubiegłym tygodniu uczestniczyłem w spotkaniu z wiceminister rolnictwa Małgorzatą Gromadzką w sprawie zakazu lokalizowania takich inwestycji na gruntach klas od pierwszej do czwartej. One są przeznaczone do produkcji żywności, a nie do produkcji śmietniska.
Poza tym nie może być tak, że ktoś jest właścicielem swojej ziemi, majątku tworzonego przez pokolenia, a później przychodzi ustawa i mówi: „tego nie możesz”.
Musi być poszanowanie własności. Gwarantuje nam to Konstytucja RP. Poza tym po to wybieramy radnych, wójtów i burmistrzów, żeby byli naszymi przedstawicielami i bronili interesu mieszkańców.
Jak Pan patrzy na najbliższe miesiące i przyszłość polskich rolników? Czy będą kolejne protesty?
Jeżeli minister rolnictwa i polski rząd nie będą mieli żadnej refleksji w stosunku do polskiej wsi, po prostu nie wytrzymamy. Wyjdziemy na drogi – i nie będzie to jednodniowa akcja, po której wszyscy wrócą do domów. Protest zakończymy dopiero wtedy, gdy przyniesie skutek, bo sytuacja jest podbramkowa. Wszystkie instytuty badawcze podkreślają jedno: tak źle w rolnictwie nie było od 17 lat. Ludzie po prostu się gotują.
Trzeba też wreszcie zrozumieć podstawową rzecz: każdy człowiek musi jeść i skądś ta żywność musi się wziąć. Jeżeli zniszczymy produkcję rolną, trudno będzie ją później odbudować. Jeśli na najlepszej ziemi powstaną farmy fotowoltaiczne na 30 lat, przez ten czas nie będzie tam produkcji żywności. I co wtedy? Będziemy sprowadzać ją z Ukrainy albo krajów Mercosur? To, co do nas trafia, jest takiej jakości, że czasem trudno nazwać to jedzeniem – to raczej pasza niż żywność. A później będziemy się zastanawiać, dlaczego ludzie trafiają na oddziały onkologiczne. Tylko że skutki takiej polityki już dziś odczuwają zwykli ludzie. Widać to w sklepach. Seniorzy, którzy mają niewielkie emerytury, czekają na promocje i kiedy zbliża się koniec terminu przydatności produktu, biegną, żeby kupić go taniej. Doprowadzono do zubożenia społeczeństwa i ten problem cały czas się pogłębia. Dlatego ludzie muszą się w końcu przebudzić – nie tylko rolnicy, ale również konsumenci – i zrozumieć, że na tym śmieciowym jedzeniu daleko nie zajadą. Trzeba postawić na polską zdrową żywność. Od lat mamy pod tym względem dobrą markę. Coraz częściej jednak zamiast rodzimych produktów na sklepowe półki trafiają towary z zagranicy. Dotyczy to także mięsa – polskiej wieprzowiny jest coraz mniej, a w jej miejsce trafia mięso m.in. z Danii czy Niemiec. Paradoks polega na tym, że polskie produkty chętnie kupują nasi zachodni sąsiedzi, podczas gdy u nas zastępują je te importowane.
Dziękuję za rozmowę.
DY