Zanim wyjdę na ambonę
Ma Ksiądz gadane…
To chyba dar Boży. Odkąd pamiętam, dość łatwo przychodziło mi formułowanie myśli. Potem - omawianie trudnych tematów i przekładanie teologicznych kwestii na prosty język. Ale nie tylko po to, żeby były one zrozumiałe dla przeciętnego zjadacza chleba. Skoro Ewangelia jest Dobrą Nowiną, jest przeznaczona do codziennego życia i siłą rzeczy trzeba tłumaczyć ją na język codzienności. Podstaw homiletyki uczyliśmy się w seminarium. Pamiętam sytuację, kiedy na zaliczenie trzeba było przygotować kazanie ślubne. Napisałem i byłem z niego bardzo zadowolony.
Po jakimś czasie zadałem sobie pytanie, o czym ono jest, i uczciwie przyznam: nie wiedziałem. Było pełne okrągłych słów, z których tak naprawdę nic nie wynikało. Siadłem i napisałem drugie.
Uważam, że pierwsza rzecz w przepowiadaniu słowa Bożego to słuchać, co mówi ono do mnie. Dopiero wtedy można wyjść na ambonę. Świetnie ujął to św. Augustyn: „Karmię was tym, czym sam żyję”.
Autentyzm do nas przemawia.
Uczono nas w seminarium, że kazanie niedzielne zaczyna się szykować od poniedziałku. Nie zawsze udaje mi się to robić z takim wyprzedzaniem. Słowo Boże na niedzielę czytam kilka dni wcześniej i chodzę z nim. Druga sprawa – na ambonie nie jestem sam. Modlę się często słowami Króla Dawida, który, jak pamiętamy, świadomy swojej grzeszności prosił: „Panie nie odbieraj mi swego Ducha”. No więc pozwalam Duchowi kierować moimi słowami.
Nie cierpię kazań czytanych, a jeszcze gorzej – głoszenia kazań nie swoich, „zapożyczonych”. Udawać, że doświadczyło się czegoś, cytując cudze kazanie? To nieuczciwe.
Ostatnio częściej można usłyszeć Księdza na ambonie wirtualnej, na kanale YouTube „Wół i Osioł”, niż w realu. To działa, czego dowodzi liczba subskrybentów i wejść.
Internet może być amboną i to taką, z której głos niesie się dalej niż mury kościoła. ...
Monika Lipińska