Historia

Uratowane dzwony

Dzwony z wieży kościoła w Horodyszczu miały być w czasie II wojny światowej zarekwirowane przez Niemców i przetopione. Pod koniec sierpnia 1941 r. ukryło je pod osłoną nocy sześciu mieszkańców wsi, ryzykując życiem swoim i swoich rodzin.

Po latach historia ocalenia dzwonów odżyła za sprawą relacji śp. Ludwika Kiryka, spisanych przez jego córkę. Dzwony do parafii Najświętszego Serca Jezusowego kupił ks. Adolf Kodym, który był proboszczem w Horodyszczu w latach 18933-1936. Po wybuchu II wojny światowej, wiedząc, że Niemcy ogołacają dzwonnice w poszukiwaniu surowca na zbrojenia, rada parafialna zdjęła je i zakopała pod lipą po zachodniej stronie kościoła.

Dzisiaj trudno powiedzieć, czy w ten sposób uprzedziła nakaz ich oddania, czy zrobiła to wskutek wyznaczenia przez władze konkretnej daty przekazania dzwonów, czyli 1 września 1941 r. Pewne jest, że gdy zbliżał się ten dzień, topniało przekonanie części radnych, że robią dobrze, rosły natomiast obawy. Postanowili więc je wykopać i zawieźć do Wisznic, gdzie znajdował się posterunek żandarmerii. Wchodzący w skład „nadzoru”, jak mówiono wówczas o radzie, Jan Klimkowicz opowiedział o sprawie kilku zaufanym osobom. Uradzili wspólnie: musimy ocalić dzwony na własną rękę. W nocy 29 sierpnia sześciu mężczyzn wykopało je i ukryło na nowo. Po zakończonej wojnie wróciły na dzwonnicę i służą w parafii do dzisiaj.

 

Młodzieńcza odwaga

Mieszkająca dzisiaj w Ostrowie Wielkopolskim Maria Bazak tę historię poznała jako dziecko z opowieści swego taty. L. Kiryk, najmłodszy z szóstki śmiałków, nie tylko brał udział w akcji, ale był też właścicielem działki ze stawem, w którym dzwon został zatopiony.

– Ja i moje trzy siostry wiedziałyśmy o tym od najmłodszych lat. Myślę, że część ludzi w Horodyszczu też, bo tata nie robił z tego tajemnicy. Ale ktoś mu kiedyś zarzucił, że ratując dzwony, mimo wszystko narazili na niebezpieczeństwo całą wieś, więc poza domem mówił o tym niezbyt chętnie – stwierdza. Nie ma jednak wątpliwości, że w 1941 r. zachował się jak bohater. – Tata urodził się w 1919 r. Decyzję, żeby sprzeciwić się Niemcom, można nazwać aktem wielkiej młodzieńczej odwagi. Na pewno zdawał sobie sprawę, jakie kłopoty może ściągnąć na głowę sobie i swoim najbliższym, dlatego do końca wojny moja mama o niczym nie miała pojęcia. Rodzice pobrali się bardzo młodo, jako 20-latkowie, na początku 1940 r., a rok później na świat przyszła moja siostra – wyjaśnia M. Bazak z uwagą, że tajemnica musiała głowie rodziny ciążyć. A fakt, że jednak nikomu nic się nie stało, tłumaczy działaniem Bożej Opatrzności.

 

Ośmielam się prosić o nagrodę

W 2005 r., już jako ostatni żyjący z grupy tych, którzy je ratowali, próbował ocalić tę historię od zapomnienia – miał wtedy 86 lat. Pod jego dyktando pani Maria spisała opowieść o tym, co działo się w tę pamiętną sierpniową noc 1941 r. Na prośbę ojca zaniosła ją wtedy na plebanię.

Obecnemu proboszczowi, ks. Sławomirowi Pękale, który niedawno zainteresował się tą historią, nie udało się odnaleźć tych notatek w dokumentacji parafii. M. Bazak odtworzyła więc relację swego taty na podstawie jego zapisków i własnej pamięci. Została ona odczytana w horodyskim kościele 7 czerwca, po Mszy św. odprawionej w intencji sześciu śmiałków, którzy ocalili dzwony. W ten sposób wypełniła się również ostatnia wola L. Kiryka: „W imieniu nieżyjących ośmielam się prosić o nagrodę, przynajmniej jeden Różaniec i jedną Mszę św. To wspomnienie napisałem, żeby rodziny, dzieci i wnuki wiedziały o tym, że ich ojcowie czy dziadkowie brali udział w ratowaniu dzwonów kościelnych w parafii Horodyszcze”.

– Cieszy nas, że pamięć o wydarzeniach, w jakich brał udział nasz tata, nie zaginie. Dobrze pamiętam dzień jego pogrzebu – w styczniu 2008 r. Bicie dzwonów miało wtedy dla nas bardzo szczególne znaczenie. Tym bardziej że – jak wynika z przekazu taty – te same dzwony po raz pierwszy wybrzmiały w Horodyszczu podczas pogrzebu naszej babci, a mamy taty – w 1935 r. – dopowiada M. Bazak.

 

Ukryte pod wodą

„Dzwony zostały przechowane przeze mnie, ale to nie całkiem moja zasługa. Brało w tym udział jeszcze pięć osób, a to dlatego, że trzeba było dużego wysiłku do dźwigania, gdyż jeden dzwon ważył około 120 kg, a drugi 250 kg. Dzwony należało załadować na wóz i zawieźć do miejsca, gdzie miały być ukryte w mojej sadzawce, 3 km od kościoła, na kolonii. Osobami tymi byli mieszkańcy Horodyszcza: Klimkowicz Jan, mój ojciec chrzestny, moi kuzyni, dwaj bracia, Józef i Franciszek Chilimoniuk, Jan Chwedczuk i Jan Sokołowski, syn Mikołaja. Na przewiezienie dzwonów zostało nam mało czasu, tylko jedna doba. W tym samym czasie Niemcy mieli w planie aresztować proboszcza, ks. Stanisława Domańskiego, który kilka dni przed naszą akcją ukrycia dzwonów musiał uciekać z parafii. Na szczęście księdza nie aresztowano. Niemcy na plebanię przyjeżdżali często, przez dłuższy czas. Ksiądz wojnę przeżył” – zapisał L. Kiryk.

Wydobyte spod ziemi dzwony trzeba było przenieść na stojący około 200 m dalej wóz. Dźwigali je z trudem we czterech, zmuszeni do pokonania pola z dyniami, których starali się nie poniszczyć. Aby dojechać do posesji L. Kiryka, jechali 2 km szosą, mijając po drodze pałac zajmowany przez administrację niemiecką, często odwiedzany przez wojsko. Można sobie tylko wyobrazić, z jaką ulgą dotarli do celu i patrzyli, jak dzwony opadają na dno sadzawki. Była ona dość głęboka. Mokrą wiosną mosiężne skarby skryte były ok. 2 m pod powierzchnią wody. Ale latem jej poziom spadał tak, że do połowy były odsłonięte. L. Kiryk maskował je jak mógł, okrywając tatarakiem i rzucając gałęzie. Chwile grozy przeżył, gdy pod koniec wojny przejeżdżające szosą cztery wozy pancerne zatrzymały się naprzeciw jego gospodarstwa, a żołnierze zaczęli krążyć przy rowach i sadzawce. Okazało się, że to Francuzi. Łapali żaby. L. Kiryk był pewien, że szukają dzwonów.

 

Zasługują na uznanie

Jak zauważa dr Grzegorz Welik, dyrektor Archiwum Państwowego w Siedlcach, którego ojciec pochodził z Horodyszcza, dzwony kościelne były łakomym kąskiem dla tych, którzy okupowali nasze ziemie zarówno podczas I, jak i II wojny światowej: Rosjan, Austriaków, potem Niemców. W miarę prowadzenia działań wojennych najeźdźcom wyczerpywały się surowce używane do produkcji broni. Po konfiskacie dzwony – ale też inne przedmioty, jak np. okucia czy klamki – były przetapiane i po przerobieniu służyły, koniec końców, do niecnych celów, czyli do zabijania ludzi.

– Ukrywanie dzwonów wbrew zarządzeniom władz wiązało się z bardzo poważnym ryzykiem. Poza tym dzwon to nie karabin czy radio, które można było szybko włożyć do jakiejś skrytki w zabudowaniach gospodarczych czy zakopać. Ma swój ciężar i gabaryt. Jego zdemontowanie i przeniesienie wymagało kilku osób. Rodziło też obawy, czy ktoś się przy jakiejś okazji się nie zdradzi – mówi G. Welik. I dodaje, że ci, którzy w 1941 r. ratowali horodyskie dzwony, zasługują na szczególne uznanie. – To również forma walki z okupantem. Pamiętajmy, że dzięki nim po wojnie dzwony mogły z powrotem zawisnąć na kościelnych dzwonnicach czy wieżach i zabrzmieć. To ważne, bo nasze tereny po I i II wojnie były zniszczone i dosłownie ogołocone ze wszystkiego, co cenne. Ludności absolutnie nie było wtedy stać, by do zakupu nowego dzwonu się dokładać – zauważa.

LI