Niebo istnieje. Naprawdę!
Umierając, spotkał Jezusa. Swoją książkę - świadectwo wizyty w niebie dedykuje wszystkim dotkniętym cierpieniem. „Jesteście kochani bardziej, niż możecie pojąć. Wiem to” - przekonuje. Skąd ta pewność? Błogosławionych owoców cierpienia Randy Kay doświadczył na swoim przykładzie. Od dzieciństwa cierpiał na astmę, a jako dorosły - na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc. Uczucie paniki, „gdy nie da się oddychać”, nie było mu zatem obce… A jednak cieszył się umiarkowanie dobrym zdrowiem i do pewnego czasu także finansowym powodzeniem.
W wieku 40 lat mężczyzna robił bowiem zawrotną karierę w branży farmaceutycznej (był m.in. prezesem zarządu firmy biotechnologicznej). Prowadził aktywne i bogate – tak zawodowo, jak i prywatnie życie (był mężem i ojcem dwójki dzieci).
Problemy z testami nowo wdrażanego leku sprawiły, że Randy z dnia na dzień spadł na niższy szczebel drabiny społecznej. Piętrzące się problemy doprowadziły go wręcz na skraj załamania psychicznego. Jak wyznaje w swojej książce, przeglądał strony internetowe w poszukiwaniu informacji o skutecznych metodach samobójstwa. Sięgnął dna. Ale wtedy też człowiek przez większość życia określający siebie mianem zdeklarowanego agnostyka odważył się rzucić Bogu wyzwanie, by Ten się objawił.
I objawił się!
Najpierw – przez cierpienie. Opuchlizna prawej łydki i pogłębiające się problemy z oddychaniem wskazywały, iż R. Kay cierpi na zatorowość płucną. Tomografia ujawniła sześć zakrzepów krwi blokujących tętnicę. Badania wskazywały dodatkowo na zakażenie gronkowcem, doszła sepsa. „Łapałem oddech, czując się tak, jakby ktoś bezlitośnie przyciskał poduszkę do mojej twarzy, a ja mogłem tylko leżeć, czekając na śmierć” – opisuje krańcowy moment swojego życia.
Randy umarł… I wtedy spotkał Jezusa!
„Najpierw była ciemność” – wspomina. ...
AW