Ludzie, zejdźcie z drogi
W mojej bywał dwa razy w tygodniu - we wtorki i piątki. Swoim zmasakrowanym rowerem przyjeżdżał na dużą przerwę do szkoły i oblepiony przez gromadę wyrostków rozdawał - ma się rozumieć tym, którzy zaprenumerowali - „Świerszczyk”, „Płomyczek”, „Płomyk”, „Świat Młodych”. A dla rodziców „Chłopską Drogę”, „Gromadę Rolnik Polski”. Czasem zdarzył się jakiś list - jeeejku, jaki dumny był wtedy młodociany adresat. A jak jeszcze znaczek był fajowy, to odbiorca urastał do rangi bohatera. Na styku starego i nowego roku pan Józio bardzo skutecznie przekonywał do kupienia Kalendarza Rolnika.
Jak trzeba było zapłacić za radio albo telewizor, to pan Józio, taki pocztowy delegat, do domu potrzebującego przychodził, latem łyknął ze studni zimnej, świeżej wody, w zimowe dni herbatką gorącą się rozgrzał. A i nieraz bywało, że się też inną, bardziej ognistą wodą z ludem tęskniącym za newsami bratał. I o tym, co się dzieje w gminie i okolicznych wsiach, z zaangażowaniem rozprawiał.
Najgorsze były telegramy. Bogu dziękować przeważnie na imieniny od zapominalskich do kogoś przychodziły, a pan Józio już od stodoły kartonikiem telegramowym machał i „ozdobny, ozdobny” dla uspokojenia adresata wołał.
Najlepsza zaś impreza z listonoszem zawsze w Wielką Sobotę przed remizą była. Z jednej strony naród, co to z koszyczkami do święconki przyszedł, z drugiej – obładowany świątecznymi kartkami pocztylion. I już nie byle jakie współzawodnictwo, ale całkiem do kłótni prowadzący konkurs się zaczynał, czyje kartki ładniejsze i kto ma ich więcej.
Kiedyś i ja bym wygrała, ale bałam się głośno przyznać, bo nerwowy Rysio zawsze na zwycięzcę się z łapami rzucał, żeby pocztówki mu pognieść albo i całkiem zniszczyć. A i samego listonosza kiedyś na niebezpieczeństwo naraził, że pocztówki oszustnie nie tym, co trzeba, rozdaje.
W pocztowym pudełku wspomnień mam jeszcze niezapomnianą wycieczkę czwartoklasistów – przez pola, do odległej o 3,5 km pocztowej placówki. Każde z nas mogło wtedy (chociaż nie każdemu udawało się pokonać strach) wejść do przyspawanej w pokoju tajemniczej budki i przez słuchawkę z siedzącą za ladą panią urzędniczką rozmawiać.
Dziś nie tylko prawdziwych Cyganów już nie ma. Choć zasuwająca na rowerku pani listonoszka z mojej miastowej poczty cieszy się, że to dla jej zdrowia, to czasu ma tyle, żeby w drzwiach szybko odebrać podpisanie dostarczanego pisma albo awizo do skrzynki, co przy furtce, wrzucić.
Zamknięcie Poczty w ramach deregulacji to na pewno działanie na uzdrowienie polskiej gospodarki czy może oczyszczanie terenu do wykorzystania przez rzutkich biznesmenów?
I czy tylko listonoszy będzie wtedy żal?
Anna Wolańska