Komentarze
Udajemy, że nie wiemy

Udajemy, że nie wiemy

Amerykański artysta Andy Warhol pod koniec lat 60 ubiegłego stulecia miał powiedzieć: „W przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut”.

Z kolei w Polsce bardziej przyjęła się fraza przypisywana irlandzkiemu dramaturgowi Georgowi Bernardowi Shawowi: „Mieć swoje pięć minut”. I oto właśnie swoje pięć minut, a nawet cały kwadrans sławy zaraz po oficjalnym ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów miał poseł Przemysław Witek. Nieznany dotychczas szerszej publiczności parlamentarzysta PO zapytany o to, czy Rafał Trzaskowski jako przyszły prezydent rzeczywiście nie podpisałby kolejnych ustaw podnoszących podatki, odpowiedział pytaniem: „Cóż szkodzi obiecać?”.

Dlaczego akurat ten cytat spośród wielu innych politycznych lapsusów zrobił w ostatnich dniach tak zawrotną karierę i – podobnie jak Cimoszewicza: „Trzeba było się ubezpieczyć”, Bieńkowskiej: „Sorry, taki mamy klimat”, Komorowskiego: „Zmień pracę, weź kredyt” czy Pawlaka: „Koalicja trwa i trwa mać” – wejdzie do słownika politycznego? Otóż poseł uśmiechniętych, ogłaszając – jak to ujął inny klasyk – oczywistą oczywistość, z jednej strony zupełnie niechcący, mówiąc prawdę, trafił w najsłabszy punkt rządzących (niestety dotyczy to wszystkich opcji) i zdradził ważny tajnik politycznej kuchni. A przecież już żelazny kanclerz Otto von Bismarck zalecał, by nie informować gawiedzi, jak robi się kiełbasę i politykę.

Z drugiej strony Witek wcale nie wyjawił czegoś, o czym byśmy dotychczas nie wiedzieli. Bismarck również, głosząc przed laty swoją teorię, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że większość wie, jak robi się kiełbasę, ale nie chce o tym słyszeć, bo natychmiast musiałaby zostać wegetarianami. Podobnie jest z polityką. Każdy, komu nawet tylko od czasu do czasu zderzają się bile w mózgu, wie, że to jedno wielkie bagno, w którym taplają się głównie ludzie zakłamani, mający usta pełne fałszywych obietnic i zapewnień. Wie, że politycy nas, wyborców, nawzajem na siebie napuszczają. Chcą, byśmy się nienawidzili, skakali sobie do oczu, kłócili się w rodzinach, tracili przyjaciół, podczas gdy oni – śmiejąc się nam prosto w oczy – chadzają razem na piwo. Zdecydowana większość z nas, choć doskonale zdaje sobie z tego sprawę, to jednak udaje, że nic się nie dzieje. Wolimy raczej żyć w ułudzie sterylnej i bezkrwawej masarni, w której pęto zwyczajnej powstaje nie po brutalnym przemieleniu świnki, ale od głaskania jej po różowiutkim ryjku.

I tu właśnie zaczyna się kłopot z wypowiedzią posła Witka. W polityce niedopuszczalne jest mówienie prawdy. Zwłaszcza teraz, podczas kończącej się kampanii, kiedy największym problemem wiceprzewodniczącego PO nie są afery, ale niespójność jego przekazu. Dziś prezydent stolicy głosi, że zgadza się z większością przedwyborczych postulatów Magdaleny Biejat, Adriana Zandberga, a nawet Sławomira Mentzena. W zależności od audytorium oraz pory dnia jego poglądy ewoluują od postępowej lewicy po konserwatywną prawicę.

Zapewne sztabowcy Trzaskowskiego założyli, że duża część elektoratu akceptuje te wolty jako narzędzie służące zwycięstwu. Jako sposób na przekonanie rzekomo słabszego intelektualnie elektoratu prawicy. Elektoratu – jak twierdzą – niewykształconego, starszego, zakompleksionego, z małych miejscowości. Tymczasem to właśnie ów ciemny, nieoświecony naród wybrał po swojemu i po pierwszej turze wywołał w elitach oraz światłych komentatorach niebywałe zdziwienie. Mam nadzieję, że jeszcze większego osłupienia doświadczą 1 czerwca, tuż po 21.00.

Leszek Sawicki