Nic nie scala tak jak władza
Drugiemu wciągnięci w pułapkę koalicjanci nie pozwolili odlecieć w polityczny niebyt. Pierwszy nie zdołał wykonać w przestrzeni pozaziemskiej paru eksperymentów dotyczących zdrowia mózgu, flory bakteryjnej jelit czy układu odpornościowego człowieka. Za to drugiemu dano szansę poeksperymentowania z narodem i przeprowadzenia na żywym organizmie jeszcze paru kosmicznych testów. Jak ten pierwszy już wzniesie się w przestworza (możliwe, że nastąpi to 19 czerwca), to kilkunastu mieszkańców kraju nieposiadającego żadnej elektrowni atomowej ani choćby fabryki własnych samochodów tudzież telewizorów będzie sobie nieco mogło na papierze podrasować zawodowy życiorys.
Z kolei gdy ten drugi szybko nie wyleci w kosmos z zajmowanego stanowiska, to w kraju, którego jeden z obywateli polatał sobie 200 km nad Ziemią, długo jeszcze nie będzie ani fabryki samochodów, ani zakładu produkującego od podstaw telewizory, ani tym bardziej żadnej tradycyjnej elektrowni, o jądrowej już nie wspominając.
Stare porzekadło pszczół mówi: „Nic nie scala tak jak władza”. Kilka dni po wyborczej porażce swojego kandydata Donald Tusk sięgnął po polityczny teatr – głosowanie nad wotum zaufania dla własnego rządu. Zanim to jednak nastąpiło, na Wiejskiej zrobiło się goręcej niż w bieszczadzkich retortach do wypalania węgla drzewnego, a na dziennikarskiej galerii panował zgiełk porównywalny choćby do tego, z jakim mamy do czynienia w sezonie urlopowym na zakopiańskich Krupówkach. A wszystko przez jednego człowieka. Prezydenta elekta Karola Nawrockiego. Jego niespodziewane zwycięstwo stało się przekleństwem uśmiechniętego obozu władzy. Dlatego też Tusk, stary polityczny wyga – po tym, jak zaczęli obarczać go winą za porażkę i pomstować nań nawet współkoalicjanci – zastawił na nich pułapkę i zagrał va banque: „wotum albo koniec”.
Niby ruch odważny. A tak naprawdę zasłona dymna. Próba przykrycia rzeczywistości i kolejnego krachu. Próba zamaskowania wewnątrzkoalicyjnych sporów i waśni. Walka o utrzymanie się przy władzy przez kolejne tygodnie, a może i miesiące. „Może przesadziliśmy z wiarą, że prawda sama się obroni”. „Gdybyśmy chociaż w połowie tak dobrze opowiadali, ile zrobiliśmy, wygrywalibyśmy kolejne wybory”. Te rozczulające frazy premiera wygłoszone podczas kolejnego w życiu exposé miały przekonać gawiedź, że jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej. Premier udowadniający z sejmowej mównicy, że jego rządowi idzie genialnie, tylko świat tego nie rozumie, zapowiedział jednocześnie „nowe otwarcie”. Tylko że na tym otwarciu są już poważne rysy. Na razie parlamentarzyści od Hołowni, Czarzastego i Kosiniaka-Kamysza musieli udać, że ich nie widzą. No bo jak się tonie, to się nie filozofuje, tylko głosuje jak trzeba i cieszy z możliwości trwania przy korycie – niczym kolorowy Rafał ze zwycięstwa w dzień dziecka między 21.00 a 23.00.
Leszek Sawicki