Kultura
K. Niewęgłowski
K. Niewęgłowski

Ostatni świadkowie

Czarnobyl to nie jedno miejsce, lecz ogromny obszar i tysiące ludzkich historii - mówił Krystian Machnik podczas spotkania w Czemiernikach, zorganizowanego na kilka dni przed 40 rocznicą katastrofy, której skutki są odczuwalne do dziś.

Jego prelekcja była nie tylko relacją z obszarów dotkniętych tragedią, ale przede wszystkim poruszającą opowieścią o ludziach żyjących w cieniu wydarzeń sprzed czterech dekad. Gościem 59 edycji „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”, które tym razem odbyły się w Centrum Kulturalno-Integracyjnym w Czemiernikach, był podróżnik, reportażysta i autor książki „Ostatni ludzie Czarnobyla”.

K. Machnik jest też przewodnikiem, doświadczonym eksploratorem stref w Czarnobylu i Fukushimie, założycielem strony Napromieniowani.pl oraz organizatorem pomocy humanitarnych.

 

To nie tylko punkt na mapie

Prelegent już na początku uporządkował podstawowe pojęcia. – Czarnobyl to nie punkt na mapie ani jedno miejsce, gdzie doszło do katastrofy. To strefa wykluczenia o powierzchni około 2,6 tys. km² obejmująca 96 opuszczonych miejscowości – tłumaczył.

Zwrócił uwagę na częste nieporozumienia: sama elektrownia nie znajdowała się w mieście Czarnobyl, lecz kilkanaście kilometrów dalej, a Prypeć – najbardziej znane „miasto duch” – leżała zaledwie 3 km od reaktora.

Opisując przebieg katastrofy z 26 kwietnia 1986 r., mówił: – Do wybuchu nie doszło podczas normalnej pracy, ale podczas testu bezpieczeństwa. To był splot wielu czynników: wad konstrukcyjnych reaktora RBMK, błędów proceduralnych i decyzji operatorów, którzy – nieświadomi konsekwencji – doprowadzili do gwałtownego wzrostu mocy.

 

Milczenie i półprawdy

Machnik zwrócił także uwagę na dezinformację, jaka towarzyszyła wydarzeniom w 1986 r. – Czytałem polskie gazety z tamtego czasu. Byliśmy pod wpływem Moskwy, więc przekaz był ograniczony – przypomniał. Jak dodawał, oficjalna narracja ZSRR była sprzeczna z rzeczywistością. – Przekaz z Kremla brzmiał: „dziwne, że u was jest radiacja, bo u nas nic się nie stało” – opowiadał, dodając, że informacje medialne ograniczały się jedynie do wzmianki w prasie z 29 kwietnia. Dzień później pojawiały się już sugestie, że reaktor może zostać ponownie uruchomiony, a wokół zdarzenia narosły jedynie niepotwierdzone doniesienia. – Tymczasem w rzeczywistości w miejscu elektrowni nie istniał już reaktor, został jedynie krater – mówił.

Wyjaśnił także, dlaczego radioaktywne opady nie rozłożyły się równomiernie na terenie wokół elektrowni. Kluczową rolę odegrał wiatr, który w chwili katastrofy wiał na zachód, powodując znacznie większe skażenie w tym kierunku.

 

Walka z niewidzialnym zagrożeniem

Po katastrofie powstał prowizoryczny sarkofag, a w 2016 r. ogromna stalowa Arka, która przykryła zniszczony reaktor. – To konstrukcja tak wielka, że zmieściłaby się pod nią Statua Wolności – obrazowo opisywał. Budowano ją 300 m od reaktora, by ograniczyć ekspozycję pracowników na promieniowanie. To projekt międzynarodowy – brał w nim udział cały świat, także Polacy – zaznaczył.

Jednocześnie obalał mity związane z promieniowaniem. – Dziś największym zagrożeniem nie jest samo promieniowanie, ale wchłonięcie radioaktywnych cząstek do organizmu – wyjaśniał. Opowiadał o zasadach bezpieczeństwa w strefie: ograniczaniu czasu przebywania, stosowaniu masek, kontroli dozymetrycznej przy wyjeździe. – Większość terenów jest dziś stosunkowo bezpieczna. Są jednak miejsca, gdzie poziom skażenia jest bardzo wysoki – podkreślił.

 

Miasto duch

Szczególne miejsce w opowieści zajęła Prypeć – symbol opuszczenia. – To miasto formalnie istnieje, ale liczba mieszkańców wynosi 0, podczas gdy przed katastrofą było ich ok. 50 tys. – mówił.

Opisywał charakterystyczne obrazy strefy wykluczenia: opuszczone szkoły, przedszkola, puste bloki mieszkalne, w których z zewnątrz wszystko wydaje się nienaruszone, podczas gdy w środku czas zatrzymał się w 1986 r. Symbolicznym obrazem jest diabelski młyn w wesołym miasteczku, które miało zostać otwarte 1 maja. Nie zdążyło.

– Wchodząc do takich miejsc, widzi się wycinanki dzieci, zeszyty, podpisy na ścianach. Masz wrażenie, że ludzie wyszli na chwilę i zaraz wrócą – relacjonował.

 

Samosioły – ci, którzy wrócili

W drugiej części spotkania Machnik opowiadał o tzw. samosiołach, czyli osobach, które wróciły do strefy. – Choć przywykli do tego określenia, nie lubią go. Mówią: „jaki ze mnie samosioł, jak ja tu zawsze mieszkałam, po prostu mnie stąd ewakuowali i wróciłam” – tłumaczył.

Powroty zaczęły się już rok po katastrofie. – Choć dostali domy, odszkodowania, budowano dla nich nawet wioski, nie potrafili odnaleźć się w nowym miejscu – mówił. Wiele osób spotykało się z ostracyzmem społecznym jako „ci z Czarnobyla”. Strach przed promieniowaniem i niezrozumienie jego natury sprawiały, że byli piętnowani i izolowani – przechodzono na drugą stronę ulicy, a dzieciom zabraniano kontaktów z ich rówieśnikami.

Jednocześnie narastała tęsknota za miejscem, z którego pochodzili. – To byli ludzie, którzy tam się urodzili, wychowali, spędzili całe życie – zaznaczał. Żeby dostać się do swoich domów, przechodzili przez druty kolczaste. Jednych milicja usuwała siłą, inni po pewnym czasie sami rezygnowali, widząc, że nie ma tu już warunków do normalnego życia. Najbardziej uparci wracali wielokrotnie, aż władze machnęły na nich ręką.

Dziś w strefie pozostało kilkanaście osób. Najwięcej w samym mieście Czarnobyl oraz we wsiach Kupowate i Teremci. Doskwierają im choroby podeszłego wieku i przeraźliwa samotność. Machnik od lat nie tylko dokumentuje ich życie, ale także pomaga im przetrwać. Organizuje transporty żywności i podstawowych produktów. – Przywozimy paczki po 20-30 kg. Często słyszymy, że bez nas już by ich tam nie było. Cieszą się na nasz widok, mówiąc: „polskie wnuczki przyjechały” – opowiadał.

Szczególnym elementem działalności polskich wolontariuszy jest upamiętnianie zmarłych mieszkańców. – Kiedy odchodzi samosioł, jego dom szybko staje się jednym z wielu opuszczonych. Chcieliśmy, żeby każda historia miała swoje imię – tłumaczył. Dlatego na domach montowane są tabliczki z imieniem, datami urodzenia i śmierci oraz krótkim opisem.

 

Wojna przyszła do strefy

Trzecia część spotkania dotyczyła najnowszej historii – wojny w Ukrainie i jej wpływu na Czarnobyl. – Wjechało tam tysiąc czołgów. Strefa została zajęta w jeden dzień, bez walki – relacjonował.

Jak mówił, rosyjskie wojska niszczyły infrastrukturę i wywoziły sprzęt. Poruszając się po skażonym terenie, doprowadziły też do ponownego wzbijania radioaktywnego pyłu.

– Wyzwolenie nastąpiło 1 kwietnia, ale armia ukraińska nadal tam jest, bo to miejsce strategiczne – podkreślał.

Jak samosioły przeżyły okupację? Na szczęście Rosjanie w dużej mierze nie interesowali się nimi – uznali, że kilka starszych osób mieszkających w odciętych wsiach nie ma dla nich żadnego znaczenia. – Po co im kilkanaście babuszek – mówił.

 

Nie radiacja, a Rosjanie

Jedną z najbardziej poruszających historii była opowieść o Wiktorze Łukianience, ostatnim mieszkańcu miasta Poliske. – Po śmierci żony chciał już tylko dożyć swoich dni i zostać pochowany obok niej – relacjonował Machnik. Do końca pozostawał też aktywny – był pszczelarzem, który udowadniał, że nawet w opuszczonym mieście można mieć codzienność i pasję.

Podczas rosyjskiej okupacji strefy w 2022 r. został przypadkowo zatrzymany. – Założono mu worek na głowę, przewieziono na Białoruś i przetrzymywano w odosobnieniu. Był bity, poniżany, nie wiedział nawet, gdzie się znajduje – opowiadał Machnik.

Wiktora odnalazła córka, która mieszkała w Rosji. Wykupiła go z niewoli i wywiozła w bagażniku. Zamieszkał w jej domu, ale nigdy nie pogodził się z utratą swojego miejsca. – Chciał umrzeć w Poliske, a umarł w Rosji – mówił prelegent, dodając, że rozmawiał z nim później przez wideopołączenie i usłyszał całą historię z jego ust. – Pytał mnie wtedy, ile kosztuje Łada na Ukrainie, bo chciał wrócić do Poliske – wspominał.

Jak podkreślał, takich historii jest więcej. – Samosiołów przez lata nie wygoniła radiacja, tylko Rosjanie – podsumował.

Mimo wojny Machnik wciąż wspiera mieszkańców strefy, organizując transporty żywności i niezbędnych rzeczy. – Żeby dostarczyć pomoc kilku osobom, angażuje się kilkanaście – mówił, opisując wyprawy do odciętych wsi, często możliwe tylko dzięki współpracy z wojskiem i policją.

Publiczność pytała, m.in. o serial „Czarnobyl”, który prelegent ocenił jako jeden z najbardziej wiarygodnych obrazów tamtych wydarzeń.

Na zakończenie spotkania K. Machnik otrzymał tradycyjną karykaturę i medal – będące stałymi elementami podziękowań dla gości „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”.

DY