Pod opieką Maryi
Ze szpitalem miejskim związał niemal całe zawodowe życie, bo aż cztery dekady. Trafił tu w latach 70., niedługo po powrocie z wojska. Najpierw jako sanitariusz, później - po ukończeniu kursów w Warszawie - jako rehabilitant. Pracował m.in. na neurologii i chirurgii. Znał to miejsce od strony codziennych obowiązków i ludzkich historii.
Medalik od mamy
Ale jego historia to nie tylko zawodowa biografia. To także opowieść o wierze, która – jak sam mówi – prowadziła go przez życie od najmłodszych lat. – Pochodzę z Kocka. Jako dziecko byłem ministrantem, potem lektorem. U nas w domu nikt nie musiał przypominać o nabożeństwach. W maju o 18.00 rzucaliśmy wszystko i biegliśmy na majowe, a w październiku na Różaniec – wspomina, dodając, że od zawsze miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej.
Ważny moment przyszedł w wojsku, kiedy omal nie stracił życia. – Gdy szedłem do wojska, mama dała mi medalik i powiedziała, żebym go zawsze nosił. W chwili wypadku miałem go w kieszeni. Nie mam wątpliwości, że to Maryja mnie ocaliła. Dzięki Niej żyję – mówi.
Po latach ta wiara znalazła bardzo konkretny wymiar – w trosce o kapliczkę stojącą na terenie szpitala.
– Kiedy pracowałem na chirurgii, dbaliśmy o nią razem z personelem. Zawsze były świeże kwiaty, porządek. Kiedyś, korzystając z nocnej pomocy doraźnej, zobaczyłem ją w opłakanym stanie. ...
DY