Szkoła życia
Chętnych do wysłuchania morskich opowieści nie zabrakło, podobnie jak pytań, które padały co chwilę, przerywając opowieść Martyny, Macieja oraz czworga ich dzieci: Matyldy, Marcela, Maurycego i Marysi. Spotkanie odbyło się w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Siedlcach.
„Trzeba było” – taki tytuł nadali swojej opowieści. Jak tłumaczyli, zawsze ciągnęło ich nad wodę. – Nawet nasze dzieci pierwsze kroki stawiały na łódce – przyznała M. Kowieska. – Nie da się ukryć, że to był mój pomysł, bo od dziecka zaczytywałem się w przygodowych książkach, które najpierw wypożyczałem z biblioteki w Szkole Podstawowej nr 6, a potem tutaj – wspominał Maciej. Wyprawa nie miałaby szans powodzenia bez jego umiejętności żeglarskich, jakie szlifował w każdej wolnej chwili, ale też reszty rodziny, która zgodnie stawiała czoła wszystkim wyzwaniom. Wspólnie przez blisko dwie godziny opowiadali o blaskach i cieniach podróży, pięknych miejscach, które odwiedzili, i cudownych ludziach, jakich spotkali. – Mieliśmy plan, żeby zrobić to boso, czyli żeby wciąż było ciepło, dlatego planowaliśmy popłynąć wzdłuż równika – zauważył Maciej. Rodzina zakładała wariant, iż coś może wyjść nie tak i konieczny będzie powrót. Podróż miała trwać dwa lata, ostatecznie przedłużyła się do czterech.
Top 10
Do miejsc, które najbardziej ich zachwyciły, zaliczyli: Karaiby, San Blas (grupa wysp w Panamie), Polinezję Francuską, Wyspy Cooka, Fidżi, Nową Zelandię, Australię, Indonezję, Tajlandię i Malediwy. Zdjęcia błękitnych lagun, malowniczych wybrzeży, bezkresu oceanu i podwodnych jaskiń, które pokazali, robiły ogromne wrażenie.
– Nowa Zelandia nas zaskoczyła. Zrobiło się zimno i musieliśmy wcisnąć się w ciepłe ubrania, choć dzieci zdążyły już z nich wyrosnąć – śmiała się Martyna.
Pytani o to, jak radzili sobie z zaopatrzeniem, opowiadali, że żywność kupowali głównie na lokalnych targach i w niewielkich sklepach, a na jachcie zawsze mieli zapas mąki, jajek, mleka i makaronu. – Z tego zawsze da się coś zrobić. Kurczak też jest wszędzie – zauważyła Martyna. Dzieci zgodnie przyznały, że bardzo lubią azjatycką kuchnię, dlatego pobyt w tamtej części świata wspominają szczególnie dobrze.
Czas się zatrzymał
Podczas tej podróży nie brakowało trudnych momentów. Tym bardziej że – jak żartowali – Maciej jest oazą spokoju, a Martyna przyznaje, że łatwo wpada w panikę. – W takich sytuacjach mama sprzątała albo się modliła, a mnie zostawiała z tatą – przyznała najstarsza córka Matylda, wspominając m.in. wejście do portu na Rarotondze.
– Uczyliśmy się na własnych błędach. Na szczęście wszystkie przygody kończyły się szczęśliwie, choć wiele zdarzyło się po drodze – mówili, wspominając m.in. nocne wypadnięcie Maćka z dinghy (pontonu), jego operację czy problemy z jachtem. – To było na Karaibach, córka go uratowała… – wspominała Martyna, przyznając, że sytuacja zmroziła jej krew w żyłach. – Wcześniej straciliśmy linki, silnik, coś mnie tknęło i wyszłam na górę, bo długo nie wracał, i zobaczyłam światło latarki w wodzie. Maciek próbował złapać dinghy. Starałyśmy się z Matyldą wezwać pomoc przez radio, ale nikt nas nie usłyszał. Widziałyśmy, że oddala się od łodzi, więc Matylda wskoczyła do wody, podpłynęła do Maćka – opowiadała, a córka dodała, że tata stracił już siły, podtapiał się, ale jakoś udało się opanować sytuację.
Jednym z miejsc, w którym zatrzymali się na dłużej, była Australia. – To absolutnie wyjątkowy kraj – zgodnie przyznali, choć Sydney przywitało ich majową wilgocią i chłodem. – Wytrzymaliśmy miesiąc, ale to piękne miejsce – dodali.
Pobyt w Brisbane zbiegł się z cyklonem Alfred. – Australijczycy zapewniali nas, że na pewno nie dotrze. Poprzedni taki cyklon był tu 51 lat wcześniej – wspominała Martyna. – Miał potrwać dwa, trzy dni, a wyszło sześć. Maciej był wtedy w pracy, a ja zostałam sama z dziećmi na łodzi. Wiatr zerwał dach knajpy stojącej obok nas. Udało mi się uniknąć zepchnięcia na skały dzięki uruchomieniu silnika. Potem wysłaliśmy dzieci do znajomych na ląd i jakoś udało nam się przetrwać i ocalić łódź – mówiła.
Inna nauka
Jednym z pytań, które najczęściej padały z sali, było to, jak pogodzić taką podróż z nauką. – Przez cały rejs dzieci kształciły się w systemie edukacji domowej. Dopiero we wrześniu po raz pierwszy pójdą do zwykłej szkoły – przyznała M. Kowieska. Jako nauczycielka sama czuwała nad ich edukacją. – Największym wyzwaniem było przesyłanie prac pisemnych, bo taki jest wymóg – dodał Maciej, przyznając, że często prosili o pomoc innych w tej kwestii.
Gdy zatrzymywali się gdzieś na dłużej, starali się zapisywać dzieci do miejscowych szkół. Nie zawsze było to jednak możliwe. – W Australii usłyszeliśmy, że semestr nauki jednego dziecka kosztuje 7 tys. dolarów. To było poza naszym zasięgiem – wspominała Martyna. – Za to korzystaliśmy z polskiego harcerstwa, które było nam wdzięczne, bo nasze dzieci stały się native speakerami, za co Polonia była nam wdzięczna. W Nowej Zelandii przez trzy miesiące chodziły już do lokalnej szkoły, dzięki czemu mogliśmy lepiej poznać tamtejszą społeczność.
Wyprawa obfitowała również w zabawne momenty. – Kiedy dominikańskie dzieci zobaczyły Marysię – blond dziewczynkę o niebieskich oczach – nie mogły się na nią napatrzeć, nawet nauczycielki przybiegły ją oglądać – opowiadała Martyna. – A gdy wróciliśmy do domu, poprosiłam ją o założenie butów, bo do tej pory zawsze biegała boso. A Marysia zapytała wtedy: „A jak się chodzi w butach?”.
Cztery lata spędzone na łodzi były nie tylko niezwykłą podróżą, lecz przede wszystkim bezcenną lekcją życia, geografii, historii i wielu innych dziedzin. Kowiescy musieli łowić i przyrządzać ryby – choć, jak przyznają, zrobili to tylko raz, ponieważ nikomu nie przypadły do gustu. Samodzielnie naprawiali również wszystko, co ulegało awarii na łodzi, m.in. kleili pontony. Poznawali nowe miejsca na mapie świata, odkrywali różnorodne kultury i spotykali ludzi wielu narodowości.
Rejs sprzyjał nawiązywaniu znajomości, zwłaszcza z ludźmi takimi jak oni. – Na Fidżi cumowało ok. 80 jachtów. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, niemal codziennie ktoś obchodził urodziny, więc ciągle coś się działo – wspominali.
W czasie podróży zaprzyjaźnili się z czeskim celebrytą, nocą poszukiwali kiwi oraz odwiedzili Siedlczanina mieszkającego na wyspie Rarotonga. – Gdy okazało się, że dzieli nas od niego zaledwie 600 mil morskich, nie mogliśmy nie zawinąć do niego – poznali. – Powitał nas tam niezwykły śpiew wielorybów.
Od środka
Rodzina podkreślała, że największą wartością tej wyprawy byli ludzie, których poznali. – Kiedy w jakimś miejscu było przyjemnie i czuliśmy się dobrze, zostawaliśmy tam dłużej, żeby pobyć z miejscowymi – opowiadali o tym, czym kierowali się podczas podróży. Czasem jednak dłuższy postój wynikał z konieczności.
– Po drodze Maciej pracował, bo pieniądze były potrzebne przez cały czas – dodała Martyna. – Szybko okazało się, że oszczędności topnieją, zapasy konserw się kończą, a dzieci rosną i jedzą coraz więcej – żartowali.
Dlatego Maciej podejmował pracę, gdy tylko nadarzała się taka możliwość. Dopisywało im również szczęście w innych kwestiach, m.in. zdrowotnych.
Na pytanie uczestników spotkania, czy zdecydowaliby się na taką wyprawę jeszcze raz, zgodnie odpowiedzieli, że na kilka dni – owszem, ale nie na kolejne cztery lata.
Monika Grudzińska