Tak mi dopomóż…
Współczesny świat zlaicyzował i sprofanował to, co od początku było planem Boga: drogą uświęcenia człowieka jako „my” - niewiasty i mężczyzny. Z drugiej strony - sami katolicy sprowadzili sakrament małżeństwa do rytuału, który jest obowiązkowy dla ochrzczonych i wywodzących się z katolickich rodzin (pusta tradycja). Plaga rozwodów przekonała, że najczęstszą ich przyczyną jest samo małżeństwo. A zatem lepiej unikać problemów i zawierać związki, które łatwo „rozwiązać”…
Czym w swej istocie jest sakrament małżeństwa? Dotknijmy przysięgi, którą sami małżonkowie jako szafarze sakramentu wypowiadają wobec Boga, siebie nawzajem i kapłana jako urzędowego świadka ze strony Kościoła. „Ja (…) ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż…” – jak brzemienne w treść i znaczenie są te słowa!
Ślubuję ci miłość
Miłość – ruch woli, która dąży ku dobru. Jednak – jak powiada Tomasz z Akwinu – nie można pokochać tego, czego człowiek nie poznał. A zatem podstawą miłości jako odkrywania dobra w drugim człowieku jest poznanie, które w myśl nauczania Karola Wojtyły („Miłość i odpowiedzialność”) rozgrywa się w czterech podstawowych kręgach: znajomości, koleżeństwa, przyjaźni i miłości oblubieńczej. Z pozoru te etapy wydają się czymś zbędnym. Jednak nie można pokochać kogoś miłością obiektywną, jeśli wpierw nie nastąpi zobiektywizowane poznanie. To jednak może się dokonać tylko w bezafektywnym osądzie rozumu. Na pierwszych dwóch poziomach poznawania człowiek patrzy na grono osób, które los postawił na jego drodze. Spośród nich, kierując się subiektywnymi upodobaniami, dobiera sobie kolegów i koleżanki. ...