Tylko Bóg policzyć zdoła łzy
Kinga urodziła się w szpitalu martwa. Była wcześniakiem. Udusiła się pępowiną przy pierwszych skurczach porodowych. Lekarze nie zdołali jej uratować. „Widziałam, jak ją mierzono i ważono” - opowiadała Beata, mama dziewczynki, takim tonem, jakby to była sytuacja z filmu, który zaraz się skończy. W głosie czuć było tępy ból i rezygnację.
Miała suche oczy, z których dna wyzierała przepaść, nie płakały już. Zabrakło łez. Potem lekarze napisali w karcie szpitalnej: „martwe w chwili narodzenia”. Tylko tyle. „Pamiętam, że wkrótce po tym wydarzeniu oglądałam transmisję z pogrzebu św. Jan Pawła II. Nie wiem czemu, ale gdy przeczytałam w karcie szpitalnej te słowa, przypomniał mi się moment, gdy wiatr zamknął księgę na jego trumnie” – mówiła Beata. „Teraz też zamknęła się księga. Tylko dlaczego tak wcześnie, zanim w ogóle ktokolwiek zdążył coś w niej zapisać? Dlaczego? Tyle czystych kart!”.
W stronę światła
Najgorzej było, gdy wyszła ze szpitala. Pierwsze spojrzenie w lustro: nie ma brzucha. A potem pytanie: gdzie jest dziecko? I odpowiedź jak szarpnięcie żywej rany: nie ma dziecka. I nie będzie. „Ludzie uciekali ode mnie, gdy szłam ulicą. Bali się chyba «zarazić» smutkiem, sama nie wiem. ...
Siedlanowski Ks. Paweł