Komentarze
Źródło: ARCHIWUM
Źródło: ARCHIWUM

Baju, baju w dzień

Mimo zbliżającej się kanikuły rzeczywistość polityczna w naszym kraju zaczyna przypominać gotujący się kocioł. Przyspieszenia legislacyjne w sejmie, odkrywanie przez rząd nagłych rezerw finansowych do wykorzystania np. na podwyżki płac, ujawnianie wiszących na chińskich serwerach akt ze śledztwa - wszystko to sprawia, że podwyższa się temperatura na szczytach władzy i na nizinach społecznych w naszej ojczyźnie.

Nietrudno jednak zauważyć, iż wszystko to jest wyraźnie sterowane i nie zawiera w sobie grama spontaniczności.

Jeżeli cokolwiek w tym czasie było spontaniczne i wynikało z potrzeby serca, a nie z zimnych kalkulacji politycznych, to zachowanie prezydenta elekta w czasie Mszy św. na błoniach warszawskiej Świątyni Opatrzności Bożej. I, co ciekawe, to właśnie zostało dokumentnie wyśmiane przez media mainstreamowe.

Pleciemy co kto, kto kiedy, gdzie kto

Wydarzenie wspomniane przeze mnie było – cytując klasyka – do bólu proste. Klęcząc po przyjęciu Komunii św., Andrzej Duda zauważył porwaną przez wiatr konsekrowaną Hostię, tzn. Realną Obecność Pana Jezusa pod postacią chleba. Zerwał się z kolan, podniósł ją i z szacunkiem odniósł na ołtarz, oddając w ręce kard. Kazimierza Nycza. Tyle – i tylko tyle. Zachowanie zdawałoby się normalne dla każdego wierzącego katolika. Nic w nim nienormalnego, bo przecież tak nakazuje szacunek dla żywego Boga pod postacią chleba. Niestety dla dziennikarza jednej ze stacji telewizyjnych, co to ponoć dba o całą prawdę całą dobę, stanowiło to podstawę dla ogłoszenia ustanowienia w Polsce państwa wyznaniowego. Cóż, są ludzie, dla których jedyną rzeczą, którą można zrobić z konsekrowaną Hostią, jest włożenie jej do słoja z uryną, bo to ma stanowić wyraz wolności i właściwego myślenia. Do głowy im nie przyjdzie, że można inaczej. Zresztą poziom dziennikarstwa w naszej ojczyźnie, przynajmniej w tym główny nurcie, wyznacza coraz bardziej absurdalność i zwykła złośliwość. Prezydent elekt jeszcze nie rozpoczął urzędowania, jeszcze nie został zaprzysiężony, a już jest rozliczany z… niedotrzymania obietnic wyborczych. Dziennikarze mainstreamu donoszą, iż nic nie robi, nie przesyła ustaw do sejmu, nie pracuje nad projektami, a jedyną jego aktywnością jest działalność na niwie kościelnej (jak to łaskawie zauważyła w jednej z rozmów nieoceniona Stokrotka). Nie stanowi dla nich żadnego problemu zwykła konstatacja, że prezydent elekt nie ma jeszcze żadnych możliwości realizacji swoich obietnic, ponieważ nie ma jeszcze żadnych podstaw prawnych do działania politycznego jako prezydent. Mimo wyboru nadal jest szeregowym obywatelem, dopiero oczekującym na wejście do gry politycznej. Płacz, że on jeszcze nic nie zrobił, przypomina jako żywo komunistyczny slogan: „A u was biją Murzynów!”. Niewielki ma to związek z prawdą, ale doskonale się sprzedaje.

Niewiele im trzeba – żywią się nami

Zastanawiałem się całkiem niedawno, na czym polega różnica pomiędzy opisywaniem rzeczywistości a jej kreowaniem. Ta pozornie akademicka różnica jawi się dzisiaj wyznacznikiem porządnego dziennikarstwa. Trudno jednak wyznaczyć dokładną granicę pomiędzy jednym a drugim. Każdy opis sytuacji jest już pewną interpretacją, czyli jakimś wytłumaczeniem tego, co się dzieje lub co się stało. Nawet jeśli zostanie przedstawiony zgodnie z pierwotną definicją rzetelnej informacji czyli tzw. 5W (who, what, when, where, why – kto, co, kiedy, gdzie, dlaczego). Jeśli tak się sprawy mają, to co może jeszcze uratować obiektywizm dziennikarski? Tylko przaśna logika. Tymczasem prosta pozornie działalność naszego intelektu wydaje się niektórym dziennikarzom robotą ponad siły. A może jest jednak inaczej? Może właśnie dlatego, że my sami nie jesteśmy w stanie unieść ciężaru intelektualnej rzetelności, media mogą bez żadnej żenady serwować nam bzdury i banialuki? Weźmy pod uwagę chociażby doniesienia na temat przecieków ze śledztwa w sprawie podsłuchów obiadowych. Biznesmen ujawniający te dane powołuje się na serwery chińskie, na których wiadomości te po prostu wisiały bez żadnych konsekwencji. Pomijam działalność naszych służb wywiadowczych, które powinny od razu zadziałać, skoro sprawa dotyczy najważniejszych urzędników państwowych. Ciekawy jest jednak to, o co się nie dopytują dziennikarze mainstreamu, a mianowicie jakim cudem biznesmen doradzający wcześniej A. Lepperowi wszedł w posiadanie tychże. Czyżby niepozorny handlarz samochodami okazał się polskim Snowdenem? Tylko że tamten wcześniej był pracownikiem CIA, czyli jak by nie było agencji szpiegowskiej. Czy i w tym przypadku mamy do czynienia z czymś podobnym? Mówiąc dosadnie – nikt z milionowych rzesz Polaków nie sięgnie po te informacje i nie prześledzi tytanicznie zawartych tam informacji. Dotrze do nas tyle, ile przekażą nam media. Innymi słowy – otrzymamy odpowiednio spreparowaną informację, ustawiającą nasze widzenie świata, zwłaszcza świata politycznego. A z pobieżnych informacji już nam dostarczonych ujawnia się obraz demontażu państwa poprzez przekazywanie informacji o działaniach osób odpowiedzialnych za nasz państwowy byt. Przy okazji zamiata się pod dywan aferę taśmową, z której dowiedzieliśmy się, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Jak więc można zdemontować byt tylko teoretyczny? Dla mainstreamowców to pytanie nie jest ważne. Oni pytają się, kto i w czyim interesie wypuszcza takie informacje. I nie przyjmują do wiadomości, że może to być po prostu manipulacja rządzących lub służb specjalnych (o ile o CBA jest ostatnio dość głośno, to np. o ABW czy SWW nic nie słychać). Dlaczego tak robią?

Tłum na rynku

Niestety dzisiaj społeczeństwo szybciej uwierzy w najbardziej niesamowite tłumaczenia, aniżeli w to, co jest po prostu logiczne. Uwierzy w to, że szacunek dla konsekrowanej hostii jest budowaniem państwa wyznaniowego, a wyciek akt śledztwa jest działaniem sił wrażych. W jedno tylko ta społeczność nie jest w stanie uwierzyć – że jest manipulowana. Bo i po co? Ano po to, żeby skanalizować wzburzenie społeczne. Ostatnie wybory ujawniły wysoki poziom krytycznego odniesienia Polaków do obecnie rządzących. Skanalizowanie tego oburzenia w zadymę polityczną może uszczknąć głosów wyborczych tym, którzy dzisiaj są reprezentantami tego oburzenia. Tak się robi dzisiaj politykę. A po wyborach można będzie zanucić ogłupiałemu tłumowi: „Polacy, nic się nie stało…”.

Ks. Jacek Świątek