Na kolanach po uzdrowienie
Jeszcze chwilę wcześniej byli zwyczajną rodziną. Marek i Gabriela Rośkowie byli osiem lat po ślubie. Mieli troje dzieci: siedmioletnią Maję, czteroletniego Filipa i trzymiesięcznego Tomka. Codzienność wypełniona pracą, domem i planami na przyszłość. Nic nie zapowiadało dramatu. Tym bardziej nic nie wskazywało na to, że w ich życiu będzie kiedyś potrzebny cud.
– Mąż był okazem zdrowia – wspomina Gabriela i dodaje, że owszem, zdarzały się przeziębienia, ale nigdy nic poważnego. Dlatego pierwsze objawy, jakie pojawiły się w 2018 r., zbagatelizowano. Przedłużający się kaszel, osłabienie – wyglądało to jak zwykła infekcja. Z czasem jednak stan Marka się pogarszał. – Żaden lekarz nie rozpoznał rozwijającego się zapalenia płuc. Okazało się, że przerodziło się ono w dużo poważniejszą chorobę – opowiada.
22 kwietnia 2018 r. wszystko się załamało. Marek praktycznie nie mógł oddychać, dusił się, całkowicie opadł z sił.
Walka o każdą minutę
Przerażona stanem męża Gabriela wezwała pogotowie, które początkowo odmówiło przyjazdu, sugerując kontakt z nocną opieką lekarską. Usłyszała, że lekarz może przyjść za sześć godzin. Kiedy tłumaczyła, że jej mąż się dusi, padła propozycja osłuchania pacjenta… przez telefon.
Poskutkowała dopiero stanowcza interwencja rodziny. – Szwagier zagroził, że jeśli nie przyjadą, wezwie policję. Karetka pojawiła się po 20 minutach – podkreśla G. Rosiek.
Jak później przyznali lekarze, Marek nie przeżyłby tych kilku godzin.
W Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym padła druzgocąca diagnoza: ropień zajął całe lewe płuco. Saturacja spadała, stan był krytyczny. – Ale lekarz rozłożył bezradnie ręce, placówka nie miała odpowiedniego sprzętu, aby uratować mojego męża. Zaczęliśmy szukać innej, co wcale nie było łatwe. Ostatecznie udało się znaleźć miejsce w Instytucie Chorób Płuc na Płockiej w Warszawie. ...
Jolanta Krasnowska