Historia

Horodyszcze 60 lat później

Rok 1966 upływał w Horodyszczu pod znakiem krzyża. Dosłownie, bo w odpowiedzi na prośby Prymasa Tysiąclecia parafianie ustawili we wsi cztery krzyże. I w przenośni - ponieważ spotkały ich za to szykany i prześladowania. Ale wierność Bogu i Kościołowi zawsze wydaje dobre owoce.

W roku uroczystych obchodów Tysiąclecia Chrztu Polski parafianie z Horodyszcza na obrzeżach wsi postawili cztery krzyże, odpowiadając w ten sposób na wezwanie kard. Stefana Wyszyńskiego do takiej formy upamiętnienia jubileuszu. Zrobili to pod osłoną nocy, przewidując, że nie spodoba się to ówczesnej władzy. We wsi pojawiła się milicja i Służba Bezpieczeństwa. Przeszukiwano obejścia, przesłuchiwano mieszkańców, szukając „winnych”.

Jak dowodzono później w toku śledztwa skierowanego przeciwko Józefowi Sokołowskiemu i Stanisławowi Parulskiemu, krzyże wzniesiono bez wymaganych pozwoleń. Było to jawne uderzenie w Kościół i najbardziej oczywiste, otaczane kultem symbole chrześcijaństwa.

 

Temat krzyża

Atmosferę tamtych dni dobrze pamięta Teresa Bartkowska – córka J. Sokołowskiego. Jej ojciec postawił krzyż milenijny na polu zwanym „Górką”. Ponieważ angażował się w prace przy kościele, m.in. przez wiele lat zajmował się dekoracjami na różne uroczystości, prawdopodobnie dlatego, szukając „sprawców”, uznano, że musiał być jednym z nich. W domu nieraz gościła milicja i urzędnicy domagający się wyjaśnień. Lęk budziła każda wizyta listonosza. – Pod koniec sierpnia 1966 r. mój tata otrzymał z wydziału budownictwa, urbanistyki i architektury Powiatowej Rady Narodowej we Włodawie tytuł egzekucyjny, który nakładał na niego obowiązek rozebrania „figury betonowej” – jak w dokumencie opisano krzyż – i przeniesienie jej na cmentarz. Urzędnicy dali mu na to czas do 30 sierpnia i zagrozili karą w wysokości 1,5 tys. zł. Dla wielodzietnej wiejskiej rodziny była to kwota ogromna – tłumaczy T. Bartkowska. Z podziwem wspomina upór swego ojca, prostego, ale bardzo religijnego człowieka, i jego walkę z administracją. O ile jeden z czterech krzyży rzeczywiście przewieziono na cmentarz (na swoje miejsce powrócił po dwóch latach), J. Sokołowski „swojego” krzyża nie ruszył. Już we wrześniu w gospodarstwie pojawił się poborca. Z okresu od 7 września 1966 r. do 9 lutego 1967 r. zachowało się do dzisiaj 13 urzędowych pism grożących różnego rodzaju sankcjami. J. Sokołowski wielokrotnie odwoływał się do władz, nawet do kancelarii Rady Państwa w Warszawie.

– 4 maja 1967 r. w naszym gospodarstwie pojawił się komornik i w obecności sołtysa wsi przekazał dwa tytuły wykonawcze po 1,5 tys. zł. 23 czerwca tata otrzymał powiadomienie o zaplanowanej na 1 lipca sprzedaży przedmiotów zajętych przez poborców 4 maja. Zapłacił wysoką karę 1630 zł – dopowiada pani Teresa z uwagą, że podobne szykany i cierpienia spotkały jeszcze jedną rodzinę. Przeciwko niej również wszczęto śledztwo. O historii krzyży milenijnych w Horodyszczu T. Bartkowska napisała książkę. Ale temat ciągle żyje i budzi zainteresowanie. W ostatnim czasie jej wspomnienia udostępnione zostały na stronie parafii Żeszczynka.

 

Boży kapłan

Wspominając te trudne nieodległe czasy, T. Bartkowska zwraca uwagę, że nieprzypadkowo to właśnie społeczność Horodyszcza z taką odwagą podjęła trud upamiętnienia krzyżami Tysiąclecia Chrztu Polski. Niebagatelną rolę odegrał w tym dziele proboszcz parafii Najświętszego Serca Jezusowego ks. Marian Krawczyk, stojący na jej czele od 1954 r. – Miał dużo duszpasterskiego zapału i tzw. podejście do ludzi. Był człowiekiem bardzo otwartym. Uczył religii w Horodyszczu i Dubicy. W 1956 r., chcąc uczcić rok ogłoszony jako Rok Maryjny w związku z odnowieniem przez Episkopat Polski ślubów jasnogórskich, co miało miejsce 26 sierpnia, wybudował z pomocą parafian przepiękną grotę lourdzką. Przed lekcjami biegły przed nią na krótką modlitwę wszystkie dzieci. Dbaliśmy też o jej wystrój i porządek wokół. Zachęcani przez proboszcza co tydzień pomagaliśmy także dorosłym stroić kwiatami nasz stary, zabytkowy kościół – tłumaczy T. Bartkowska. I dodaje, że ks. Marian potrafił do różnych działań dosłownie porwać i młodszych, i starszych. Nie bez powodu jego wychowankowie nazywali go wujkiem. – Ks. Marian bardzo chciał rozśpiewać dzieci i młodzież, założył więc zespół mandolinistów, który poprowadził śp. Edward Makarewicz. Graliśmy na uroczystościach w naszym kościele i w sąsiednich miejscowościach. Dzięki zespołowi niektórzy związali się z muzyką na całe życie, jak Jan Iwanejko czy Janusz Klimkowicz, przyszli organiści. „Wujek” organizował też dużo wycieczek i pielgrzymek, co w tamtych czasach nie było łatwe. Troszczył się, żeby różne wydarzenia parafialne udokumentować – robił zdjęcia, dzięki czemu każda rodzina ma dzisiaj dużo pamiątek. Był to kapłan rozkochany w Maryi, przyjaciel każdego człowieka. Wpłynął na ukształtowanie całej wspólnoty parafialnej. Miał również wpływ na powołania. W tym właśnie czasie do seminarium duchownego poszedł z naszej parafii Ryszard Andruszczak, a Franciszka Parulska do zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi – mówi T. Bartkowska, podkreślając, że ks. M. Krawczyk przygotował niejako grunt pod wydarzenia roku milenijnego.

 

Mówcie, że na krzyżu cierpiał Pan Jezus

Nieoczekiwanie dla horodyskich parafian 1 marca 1967 r. ks. M. Krawczyk został nagle przeniesiony do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Żabiance w dekanacie ryckim. Do biskupa wyruszyła z prośbą o pozostawienie cenionego i zasłużonego proboszcza delegacja z Horodyszcza, co jednak nie wpłynęło na zmianę decyzji. – Z perspektywy czasu wiemy, że ordynariusz kierował się wyższymi racjami – bo w związku z prześladowaniami był to bardzo trudny, nawet niebezpieczny okres w dziejach naszej parafii. Ze wspomnień rodziny i sąsiadów wiem, że przed odjazdem ks. Krawczyk wstąpił do jednej z rodzin i radził, by ludzie wzywani na przesłuchania tłumaczyli, że na krzyżu cierpiał Pan Jezus. Powtarzali te słowa, ale na służbach ten argument nie robił wrażenia – stwierdza T. Bartkowska.

Mimo odległości ks. M. Krawczyk cały czas utrzymywał kontakt z młodzieżą z Horodyszcza. Wraz z częścią parafian z Żabianki zabierał ją na piesze pielgrzymki na Jasną Górę, a w kolumnie Warszawskiej Pielgrzymki Akademickiej szedł zawsze w otoczeniu swoich duchowych dzieci. – Przyjaźnie, jakie zawiązały się w tamtym czasie między młodymi ludźmi z Horodyszcza i Żabianki, trwają do dzisiaj – zauważa pani Teresa. Ks. M. Krawczyk w Żabiance posługiwał do śmierci w 1989 r.

 

Bilans na plus

Przez 60 lat w parafii działo się dużo. Ks. M. Krawczyka zastąpił w Horodyszczu ks. Henryk Wierzejski, który podjął się odnowienia w parafii kultu maryjnego. Przyczynił się on do powstania w 1969 r. kopii zaginionego obrazu Matki Bożej Miłosierdzia; od tej pory Maryja czczona jest w nowym wizerunku. Oryginał został przed I wojną światową wywieziony na Wschód, a jego poszukiwania ciągle trwają.

Staraniem ks. Piotra Zabielskiego, który kierował parafią od 1980 r., w Horodyszczu pobudowany został nowy, murowany kościół. W ostatnich latach został on pięknie odnowiony, do czego przyczynił się ks. Andrzej Głasek. Parafian cieszy fakt, że obecny proboszcz – ks. Sławomir Pękala jest, podobnie jak jego poprzednicy, wielkim czcicielem Matki Bożej i rozwija kult maryjny.

Bilans lat, jakie upłynęły od wydarzeń w Horodyszczu, które można nazwać obroną krzyża, wypada dobrze. Cztery krzyże na obrzeżach wsi stoją do dzisiaj. Gospodarstwo J. Sokołowskiego, zagrożone likwidacją, funkcjonuje nadal – prowadzi je jego wnuk Michał. Parafia tętni życiem. Już od kilku lat odbiera tutaj część św. Szarbel, mimo że jego relikwie pierwszego stopnia zainstalowane zostały w kościele dopiero w ubiegłym roku. Parafianie wraz z proboszczem zakładają wspólnotę czcicieli św. Szarbela. Oficjalnie grupa zostanie powołana 22 maja.

LI