Tylko w twardej szkole rosną charaktery
Henryka Kapczuk (z domu Markowska) chodziła z ks. J. Brzozowskim do tej samej klasy w Liceum Ogólnokształcącym im. Tadeusza Kościuszki w Łukowie. - Józio był zawsze spokojny i uczynny. Siedział w ostatniej ławce od ściany z Markiem Antonowiczem. Wszyscy wiedzieli, że Marek pójdzie „na księdza”, ale Józio nie zdradzał, że też ma taki zamiar.
Całą klasą byliśmy zaskoczeni, gdy po maturze, pod koniec wakacji, dowiedzieliśmy się, że wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Siedlcach – dodaje. Swoją posługę od początku oparł na fundamentach wiary, patriotyzmu i rodziny. Propagował pielgrzymki do sanktuariów i rajdy rowerowe. Zabierał na nie całe rodziny, dzieci, młodzież, wspólnoty parafialne. – Te wyjazdy zawsze miały zasady, którymi uczestnicy musieli się kierować – opowiada Bożena Zdolska, uczestniczka pielgrzymek. – Po pierwsze nie wolno było narzekać, a po drugie trzeba było zrobić dobry uczynek dla bliźniego. Nie wolno było używać brzydkich słów, a wspólne posiłki były celebrowane jak w rodzinie. Obowiązkowe były: codzienna Eucharystia, rozważanie słowa Bożego, Różaniec, jutrznia i nieszpory. Zawsze był też czas na rozmowy, dyskusje i mecze piłki nożnej – wylicza.
Duchowe dzieci
Ks. Józef stawiał na rodzinę. – Pragnął, by w każdym domu był krzyż – symbol wiary i biało-czerwona flaga – symbol polskości – mówi B. Zdolska.
Magdalena Gąsior dobrze pamięta wizytę kolędową, z którą ks. Józef przyszedł do jej domu 19 lat temu. – Moja babcia poprosiła go o błogosławieństwo dla mnie i mojego męża. Byliśmy już pięć lat po ślubie, odwiedziliśmy wielu lekarzy, a dzieci nie było. Ks. Józef obiecał modlitwę. Już w lutym okazało się, że jestem w ciąży. Ochrzciliśmy syna: Krystian Józef na cześć proboszcza i mojego dziadka – dodaje M. Gąsior, dziś szczęśliwa mama trójki dzieci wymodlonych przez ks. Józefa. ...