Kultura
K. Niewęgłowski
K. Niewęgłowski

Droga do samego siebie

Najtrudniejszą górą, na jaką przyszło mi się wspinać, nie był żaden ośmiotysięcznik ani biegun, ale poczucie własnej wartości, zaakceptowanie siebie i polubienie siebie po wypadku - mówił J. Mela podczas 61 edycji Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami. Jego wystąpienie było poruszającą opowieścią o pokonywaniu własnych ograniczeń, sile relacji i wdzięczności wobec ludzi spotykanych na życiowej drodze.

Wizyta gościa rozpoczęła się od odsłonięcia pamiątkowej tablicy na Skwerze Podróżników. W ten sposób J. Mela dołączył do osób uhonorowanych w tym wyjątkowym miejscu. - To dla mnie ogromny zaszczyt, że mogę znaleźć się w takim gronie - przyznał.

Po części plenerowej Mela spotkał się z publicznością w hali I Liceum Ogólnokształcącego. Wśród uczestników znaleźli się uczniowie szkół z Radzynia Podlaskiego, Parczewa, Drelowa i Białej Podlaskiej, a także wychowankowie Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego.

 

Nie o biegunach, lecz o życiu

Witając gościa, prezes Radzyńskiego Stowarzyszenia „Podróżnik” Robert Mazurek przypomniał jego drogę – od tragicznego wypadku, przez zdobycie obu biegunów wraz z Markiem Kamińskim, aż po działalność społeczną i pomoc osobom po amputacjach. Sam bohater szybko dał jednak do zrozumienia, że nie zamierza opowiadać o tym, jak buduje się igloo w drodze na biegun, ale o tym, co w jego życiu było naprawdę trudne – o wypadku, akceptacji siebie i relacjach z ludźmi.

Już od pierwszych minut zjednał sobie publiczność szczerością, poczuciem humoru i dystansem do samego siebie. Bez patosu mówił o sprawach, które przez lata były dla niego źródłem bólu.

 

Wydawało mi się, że to koniec

Wracając do wydarzeń sprzed lat, wspominał czas po wypadku, gdy jako 13-latek został porażony prądem. Aby uratować mu życie, lekarze musieli amputować część ręki i nogi. – Wydawało mi się, że to koniec aktywnego życia – mówił.

Przez lata ukrywał niepełnosprawność pod długimi ubraniami, nawet podczas upałów, bo nie akceptował własnego wyglądu. – Wszyscy porównujemy się do innych. Chcemy pasować. A kiedy dzieją się rzeczy, które sprawiają, że nie pasujemy, trudno sobie z tym poradzić – tłumaczył.

Wspominał, że mieszkając na 11 piętrze, codziennie jeździł przeszkloną windą i musiał patrzeć na to, czego najbardziej się wstydził – na samego siebie. – W moim otoczeniu nie było osób po amputacjach, więc wydawało mi się, że tylko ja jestem inny. Kiedy kumple szli na piłkę, nie pytali chłopa bez nogi, czy chce z nimi zagrać. Podobnie było, gdy wybierali się w góry. Miałem poczucie, że bardzo mocno muszę dorównać innym i cały czas udowadniać, że dam sobie radę. Najtrudniejszą górą, na jaką przyszło mi się wspinać, nie był żaden ośmiotysięcznik ani biegun. Było nią poczucie własnej wartości, zaakceptowanie siebie i polubienie siebie po wypadku – przyznał.

 

To była wymówka

Przełomowym momentem okazało się spotkanie z M. Kamińskim. Nie dlatego, że zdobył dzięki niemu oba bieguny, lecz dlatego, że po raz pierwszy ktoś uwierzył w niego bardziej niż on sam. – Powiedział mi: „Nie ma znaczenia, ile masz rąk czy nóg. Nie ma znaczenia, że dziś w siebie nie wierzysz. Ja wierzę, że możesz zrobić coś niezwykłego” – wspominał.

Gdy Kamiński zaproponował mu udział w wyprawie polarnej, usłyszał również słowa, które na długo zapadły mu w pamięć. – Możesz powiedzieć „tak” albo „nie”, ale jeśli już na początku będziesz chciał się poddać, bo twierdzisz, że nie dasz sobie rady z powodu niepełnosprawności, to jest wymówka. – Byłem w szoku. Przecież naprawdę nie miałem ręki i nogi. Dzisiaj wiem, że miał rację. Długo zasłaniałem się tą wymówką. Mówiłem: chciałbym podróżować, ale nie mam ręki i nogi. Chciałbym mieć dobrą pracę, ale nie mam ręki. Chciałbym założyć rodzinę, ale jaka dziewczyna mnie zechce? Tymczasem wiele z tych rzeczy było możliwych – podkreślał.

 

Lekcje od ludzi

Mela wielokrotnie wracał do osób, które spotkał na swojej drodze. To one – bardziej niż wyprawy czy sportowe wyzwania – zmieniły jego sposób patrzenia na świat.

Szczególnie zapamiętał dziewczynę poznaną podczas Festiwalu Zaczarowanej Piosenki organizowanego przez Annę Dymną. Kobieta urodziła się bez rąk, a mimo to prowadziła samochód, pracowała i realizowała swoje pasje. – Myślałem: ja mam przekichane? Tu dopiero jest hard core. Zastanawiałem się, jak ona znajduje motywację, żeby każdego dnia wstać z łóżka – mówił. Największe wrażenie zrobił na nim wspólny posiłek.

– Zdjęła buty i skarpetki, stopami złapała sztućce i zjadła cały obiad, a potem chusteczką wytarła buzię. Byłem w szoku nie tylko dlatego, że sobie poradziła, ale że kompletnie nie przejmowała się tym, co pomyślą inni ludzie.

To doświadczenie zmieniło jego spojrzenie na własne ograniczenia.

– Przykład Anki pokazał mi, że jest inna opca. Wszystko jest kwestią perspektywy. Spotykając osoby, które przewrotnie nazywam „niepełnosprawnymi”, bo do wielu z nich to określenie po prostu nie pasuje, zacząłem inaczej patrzeć na własne ograniczenia.

Przywołał też słowa amerykańskiego łyżwiarza figurowego Scotta Hamiltona, który powiedział, że jedyną prawdziwą niepełnosprawnością jest złe nastawienie, a cała reszta to przeszkody. Dlatego skupiajmy się na tym, co mamy, a nie na tym, czego nam brakuje. Wiele rzeczy trzeba sobie wypracować – podkreślał.

 

Największy szczyt: tata

Ogromne emocje wywołała część poświęcona relacjom rodzinnym. Podróżnik bardzo otwarcie opowiadał o trudnym dzieciństwie i konflikcie z ojcem.

– Nasze relacje były bardzo trudne, że nawet nie mogliśmy udawać, że jest inaczej. Marzyłem tylko o tym, żeby wyprowadzić się z domu, o chwili, gdy stanę w progu ze spakowanym plecakiem i powiem „Do zobaczenia na twoim grobie”. W pewnym momencie jednak coś w nas pękło, wylały się cały żal i złość – wspominał.

Dopiero wtedy zaczął poznawać historię ojca. – Opowiedział mi o swoim dzieciństwie, o przemocy, której doświadczał, o błędach, które popełniał. Zrozumiałem, że agresja nie bierze się z siły, ale ze słabości – przyznał.

Rozmowy, które początkowo były bolesne, pozwoliły odbudować wzajemną więź. – Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że będę przyjaźnił się ze swoim ojcem, uznałbym to za niemożliwe. A dziś tak właśnie jest – zapewnił.

 

Życie jest tylko jedno

Przez całe wystąpienie przewijał się jeden wyraźny przekaz: nie pozwalać innym definiować własnych możliwości.

– Spotkacie w życiu ludzi, którzy będą was wspierać, ale i takich, którzy będą przekonywać, że się do niczego nie nadajecie. Sztuka polega na tym, by mieć w sobie odporność i nie oddać im prawa do decydowania o własnym życiu – podkreślał.

Na zakończenie zwrócił się do młodzieży: – Mamy jedno życie. Warto wykorzystać je jak najlepiej. Nie ma takiego dołka, z którego nie da się wyjść, i nie ma takiego problemu, którego nie da się rozwiązać.

Po wystąpieniu sala nagrodziła go długą owacją.

– Przeżyłeś wiele dramatów i wiele szczęścia, a jest w tobie tyle pokory i wdzięczności. Czuję się bardzo zmotywowana, jakbym dostała nowych skrzydeł do życia i radości – nie kryła wzruszenia dyrektor I LO Ewa Grodzka.

Jeszcze bardziej osobiste słowa padły z ust starosty Szczepana Niebrzegowskiego. Tak pomogłeś mi dzisiaj. Jestem lżejszy o co najmniej 20 kg stresu. To spotkanie zapamiętam na bardzo długo. Zainspirowałeś nie tylko młodych ludzi, ale także nas, tych starszych – podkreślił.

Na zakończenie spotkania gość otrzymał pamiątkowe upominki, w tym tradycyjną karykaturę przygotowaną przez organizatorów Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami.

DY