Bez kategorii
PIXABAY.COM
PIXABAY.COM

Usłyszeli głos Pana

13 czerwca Kościół siedlecki zyska trzech nowych prezebiterów. Święcenia kapłańskie przyjmą podczas Mszy św. o 10.00 w katedrze. Pamiętajmy o nich w modlitwie.

Bóg cały czas działa w historii człowieka i chce nas doprowadzić do nieba najodpowiedniejszą drogą, która już tu, na ziemi, będzie dla nas szczęśliwa. Od młodych lat słyszałem wezwanie do kapłaństwa. Rozeznałem, że tą drogą Pan Bóg chce prowadzić mnie do świętości. W moim życiu widzę trzy czynniki, które pomogły mi wzrastać w wierze i rozeznawać powołanie. Pierwszym z nich jest rodzina. Rodzice zatroszczyli się, bym od najmłodszych lat poznawał Boga, szczególnie przez życie sakramentalne. Zadbali o to, żebym przyjął pierwsze sakramenty.

Zasiane przez nich ziarno wiary nie wzrosłoby, gdyby nie było popierane ich szczerym świadectwem. Bardzo waży dla mnie był obraz taty, którego widziałem klęczącego i rozważającego słowo Boże, a także mamy, która klęczy wieczorem i odmawia Różaniec. Rodzice, jak również dziadkowie, byli i są dla mnie przykładem trwania w wierze i przezwyciężania trudności; z pewnością nie będzie ich pozbawione także moje kapłańskie życie.

Kolejnym elementem są wspólnoty. Po Pierwszej Komunii św. dołączyłem do grona ministrantów, gdzie wzrastało moje zamiłowanie do liturgii. Cieszyłem się, że mogę być tak blisko ołtarza. Drugą jest wspólnota harcerzy. To w harcerstwie kształtował się mój charakter i umacniała osobowość. Dzięki niemu odkryłem kierownictwo duchowe, które miało duży wpływ na rozeznanie przeze mnie powołania. We wspólnocie harcerzy odkryłem w sobie także zamiłowanie do pracy z dziećmi i młodzieżą, co – mam nadzieję – będę mógł przełożyć na posługę kapłańską.

Trzeci ważny czynnik kształtowania się mojego powołania to wzory dobrych i świętych kapłanów, których spotkałem na drodze mojego życia. Ważny dla mnie był moment przyjścia do parafii neoprezbitera, który swoim pobożnym i dokładnym sposobem sprawowania liturgii rozbudził we mnie uśpioną myśl o kapłaństwie. Silnym impulsem były słowa jednego z kapłanów: „Nie bój się odpowiedzieć Jezusowi «tak»”.

Jako motto wybrałem słowa z Psalmu 116: „Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył? Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pana”. Przypominają mi one, jak wielkim miłosierdziem Bóg mnie obdarował w sakramencie pokuty i pojednania, a także w konkretny sposób motywują do sprawowania każdej Eucharystii jako dziękczynienia za wszystkie łaski, których doświadczyłem.

ks. Karol Borkowski

Dziękując Bogu za dar powołania, cieszę się, że mogę rozpocząć posługę kapłańską. Tę drogę odkryłem dosyć późno. Przed ukończeniem szkoły średniej nigdy nie myślałem o tym, że mogę zostać księdzem. Miałem inne plany na przyszłość. Wiara jednak zawsze była istotnym elementem mojego życia. Pamiętam, że od najmłodszych lat wiele dawał mi zwykły, prosty, wieczorny pacierz, w którego odmawianie wprowadziła mnie mama. Klęcząc przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, kończyliśmy w ten sposób każdy dzień. Taka forma modlitwy utrwaliła się w moim życiu i jest w nim obecna do dnia dzisiejszego.

Moje życie religijne było bardzo proste. Pochodzę z małej parafii, w której nie ma zbyt wielu wspólnot. Należałem jedynie do służby liturgicznej. To właśnie ona w głównej mierze kształtowała moją wiarę i przybliżała do Pana Boga.

Początkowo planowałem pójść na studia medyczne. Jednak po ukończeniu szkoły średniej, zaczęły pojawiać się myśli o tym, by wstąpić do seminarium. Nie wiedziałem, skąd się one biorą. Słyszałem od niektórych księży żarty w stylu: „Może pójdziesz do seminarium?”. Początkowo nie zwracałem na to większej uwagi, ale dziś myślę, że był to znak od Pana Boga, który zasiał we mnie ziarno powołania. W tym czasie do mojej rodzinnej parafii przyszedł nowy ksiądz proboszcz, który pomógł mi w wyborze drogi życiowej.

Gdy już podjąłem decyzję i przyjechałem do seminarium, pierwsze tygodnie nie były łatwe. Nagła rozłąka z rodziną i znajomymi oraz zmiana miejsca zamieszkania okazały się dużym wyzwaniem, jednak z czasem przyzwyczaiłem się do takiego życia. Okazało się, że jest to wspaniała sześcioletnia przygoda. Właśnie dobiega ona końca. Rozpoczyna się jednak nowa historia – kapłaństwo, w które wchodzę z nadzieją, że nie zmarnuję tego daru od Pana Boga i będę mógł pomagać innym w drodze do zbawienia.

Fragmentem Pisma Świętego, z którym wchodzę w kapłaństwo i który znajdzie się na obrazku prymicyjnym, są słowa: „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali”. Wybrałem ten cytat, ponieważ nie ma w życiu nic ważniejszego od miłości. Jezus powiedział: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”. On obdarza każdego człowieka bezinteresowną miłością, ale równocześnie pragnie, abyśmy także my darzyli innych taką samą miłością. Wtedy będziemy mogli nazywać się prawdziwymi uczniami Jezusa.

Siebie i swoją posługę powierzam całkowicie Panu Bogu.

ks. Łukasz Łącki

Wstąpienie na drogę powołania kapłańskiego nie było dla mnie oczywiste. Pochodzę z wierzącej rodziny, w której zawsze kładziono nacisk, aby wiara i religijność nie zatrzymywały się na poziomie słów, ale znajdowały odzwierciedlenie w czynach. Od dzieciństwa byłem bardzo związany z Matką Bożą. Urodziłem się 8 września, a więc w dniu narodzenia Maryi. Moją duchowość kształtowała pobożność ludowa: nabożeństwa majowe, czerwcowe, Różaniec czy Gorzkie żale. Byłem religijny od dziecka, ale raczej nie przekładało się to na myśl o kapłaństwie. Wiele osób mówiło, że pewnie zostanę księdzem – czemu ja stanowczo zaprzeczałem. Z czasem przyklejono mi nawet łatkę księdza, co sprawiło, że w ogóle porzuciłem temat drogi kapłańskiej. Lata mijały, a ja nadal nie wiedziałem, co robić w życiu, jakie studia wybrać. Kiedy w końcu znalazłem kierunek, który bardzo mi się podobał – postanowiłem zostać tłumaczem języka rosyjskiego i rozważałem pracę w szkole – i byłem niemalże przekonany, że jestem powołany do małżeństwa, Pan Bóg postanowił się odezwać. Poprzez modlitwę, refleksję nad własnym życiem, a w sposób szczególny przez posługę kapłanów w konfesjonale coraz bardziej dojrzewała we mnie myśl o wstąpieniu do seminarium. Powierzyłem sprawę powołania Matce Bożej i od tej pory w mojej duszy miejsce zmagań zajął pokój. Doświadczyłem wielkiego wsparcia ze strony rodziny i przyjaciół. Szczególną rolę odegrała moja nieżyjąca już babcia Hanna, z którą łączyła mnie szczególna więź. Babcia odgadła moje zamiary, choć jej o nich wcześniej nie mówiłem.

Wstąpiłem do seminarium od razu po maturze i rozpocząłem okres formacji. Czas seminarium był wypełniony chwilami radości, ale było także wiele trudnych doświadczeń. Patrząc z perspektywy czasu, to właśnie te niełatwe doświadczenia stawały się często największym umocnieniem w powołaniu. Wielkim wsparciem była dla mnie zawsze Matka Boża, która dawała radość i nadzieję nawet w najtrudniejszych momentach. W czasie formacji dołączyła do niej także św. Teresa od Dzieciątka Jezus, która stała się moją duchową siostrą i przewodniczką na drodze zaufania Bogu oraz wierności powołaniu. Wiele zawdzięczam również ludziom, których Bóg postawił na mojej drodze: rodzicom, współbraciom, a także kapłanom i siostrom zakonnym, w sposób szczególny s. Bożenie – mojej katechetce z lat szkolnych, która przygotowała mnie do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Często korzystam z jej rady oraz doświadczenia życia oddanego Jezusowi.

Jako swoje kapłańskie motto wybrałem zdanie z Księgi proroka Izajasza: ,,Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie, mówi Pan”. Słowa te towarzyszyły mi na drodze rozeznawania, przypominały o Bogu i Jego miłości. Cokolwiek by się nie działo, wiem, że moje życie złożone jest w rękach kochającego Ojca.

ks. Maciej Szcześniak