Komentarze
Teatr

Teatr

Wszystko, co jest w stanie odwrócić uwagę rodaków od niezdarnych rządów Donalda Tuska, jest dla Donalda Tuska niczym dar niebios.

Fakt, część prezentów premier musi zorganizować sobie sam (walka o Trybunał Konstytucyjny, spór o władzę w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, Zondacrypto), ale - zwłaszcza w ostatnich tygodniach - większością z nich jest obdarowany. Niewątpliwymi upominkami dla obecnie zarządzającej ekipy jest żrąca się coraz bardziej między sobą opozycja, a także tocząca się za naszą wschodnią granicą wojna.

Każdy, kto śledzi poczynania obecnie rządzących, doskonale wie, że tematyka wojenna – jako straszak i odwracacz uwagi – towarzyszy premierowi od przeszło dekady. Już w maju 2014 r., w trakcie kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, podczas konwencji Koalicji Obywatelskiej w Białymstoku, Donald Tusk mówił: „Istnieje blisko naszych granic problem zagrożenia gorącą wojną i ewentualna interwencja Rosji na Ukrainie, o której mówi się jako o wciąż bardzo prawdopodobnej, będzie oznaczała, że tuż za naszą granicą jest wojna. Jeśli komuś się z tego chce śmiać, to gratuluję poczucia humoru. Mnie nie chce się śmiać (…). Te wybory europejskie być może są o tym, czy w Polsce dzieci 1 września w ogóle pójdą do szkoły”. Od tamtego czasu minęło 12 lat. I choć dzieci wciąż chodzą do żłobków, przedszkoli i szkół, to my i tak nadal jesteśmy straszeni wizją nieuchronnego konfliktu zbrojnego.

Gdy premier należącego do UE i NATO państwa przestrzega rodaków przed „najgorszymi scenariuszami” i „wojną u bram”, to wypada zakładać, że wie, o czym mówi, a sytuacja rzeczywiście jest poważna. Ale kiedy takie słowa padają z ust szefa obecnego rządu, to można być pewnym, że to jedynie jeden z elementów przyjętego modelu uprawiania polityki. Retoryka wojenna została bowiem na stałe włączona do całego pakietu propagandowego, a w minionych dniach zajmuje wręcz najwyższe miejsce na podium.

Po ostatnich incydentach z udziałem rosyjskich dronów, jak chociażby zniszczeniu lokomotywy składu jadącego w kierunku Warszawy czy ataku na stację benzynową nieopodal granicy z Polską, Tusk zamienił słynną kurtkę powodziową na wojskowe moro i w otoczeniu ważnych osób zaczął odgrywać sceny łudząco podobne do tych transmitowanych na żywo przez telewizję w 2024 r., gdy pod wodą znalazła się m.in. część Dolnego Śląska i Opolszczyzny. Premier i ministrowie siedzą przy stole, robiąc zatroskane miny. Z nasiadówki absolutnie nic konkretnego nie wynika, ale z transmitujących to mediów unosi się atmosfera wojennej grozy, skutecznie przykrywając choćby plafony na stacjach benzynowych z rekordowymi cenami paliw. Choć złośliwi mówią, że premier jednak spełnił obietnicę i czytana wspak cena faktycznie wynosi dziś 5,19 zł za litr.

Zadaniem władz państwowych i lokalnych jest uspokajanie społeczeństwa, a nie nakręcanie spirali strachu i histerii. Tymczasem do mieszkańców wschodniej części kraju rozsyłane są komunikaty ostrzegawcze nawet wtedy, gdy żaden obiekt nie narusza polskiej przestrzeni powietrznej. Wyją syreny, latają myśliwce, dzieciom każe się schodzić do ciemnych piwnic. Premier opowiada o jakimś tajnym raporcie CIA, którego – jak się okazuje – jednak nie było. Władza pozbywa się rakiet przeciwlotniczych, a kilka dni później ogłasza, że Rosja w ciągu paru tygodni może nas zaatakować.

Tak się robi teatr, którego celem jest wywołanie efektu flagi. Znanego w socjologii mechanizmu, w którym rządzący liczą na to, że obywatele w obliczu niebezpieczeństwa -realnego lub wyimaginowanego – odruchowo będą dookoła nich się gromadzić. Dzięki takim zabiegom rządzący mogą odwracać uwagę od afer czy swojego braku kompetencji.

A zatem ta gra staje się coraz bardziej przejrzysta. Cwani manipulatorzy twardo budują emocję, jaką jest strach. Pytanie tylko, po co? Czyżby szykował jakiś grubszy „incydent przygraniczny” mający uniemożliwić przyszłoroczne wybory?

Leszek Sawicki